11 lutego 2014

Przyjęcie zaręczynowe

  Teraz wiem jak to jest obejść całe centrum handlowe, przymierzać wszystkie sukienki jakie mają w sklepie i nie kupić ani jednej. Czuję się bardziej zmęczona przymierzaniem niż chodzeniem od sklepu do sklepu.Wybieranie sukienki na przyjęcie zaręczynowe mojej kuzynki to istny koszmar!
  W końcu los uśmiechnął się do mnie, bo właśnie Jane zobaczyła piękną czerwoną jak krew sukienkę. Na jej widok poczułam silne pole magnetyczne, jakby przyciągał mnie jej magnez. W tej sukience będę wyglądać nieziemsko!
  Piękny soczysty kolor, wykonana z bardzo delikatnego aksamitu. Długa aż po kostki, bez ramiączek oraz małe koronki na plecach. Ta suknia to po prostu marzenie!
Kiedy przymierzam sukienkę, Jane wchodzi do przymierzalni i pełna zdumienia mówi:
- Och... Wyglądasz ślicznie! - uśmiecha się od ucha do ucha. Oczy świecą jej od radości, bo w końcu znalazłyśmy to czego szukamy przez wiele godzin.
- Oczywiście. Pięknemu we wszystkim jest pięknie. - mówię, po czym wybucham śmiechem wciąż przyglądając się swojemu odbiciu.
  Jane wychodzi z przymierzalni, abym mogła swobodnie się przebrać. Jednak stoję przed lustrem i ciągle wpatruję się w swoje drugie ja. Nie mogę przestać odwrócić wzroku. Jedyne co robię to ciągle mrugam oraz obracam się wte i wewte, aby zobaczyć jak świetnie na mnie leży czerwona sukienka.
  Czuję jakby czas się dla mnie zatrzymał. Nie liczy się to, że Jane czeka przed przymierzalnią, a sprzedawczyni myśli, że zasłabłam zdejmując sukienkę. Dla mnie, ta chwila wygląda jak cała wieczność, która właśnie zesłała na mnie światło, jakbym była na scenie.
  Patrzę głęboko w oczy swojemu odbiciu. Temperatura mojego ciała spada, a serce, które niedawno szybko biło, teraz zamiera całkowicie. Staje się niesamowicie blada. Wszystkie procesy potrzebne do życia zatrzymują się, również przestaję oddychać. To właśnie jest ten moment, w którym pokazuję prawdziwą siebie - wampira.
  Dostrzegam w swoich tęczówkach intensywny kolor czerwieni. Przypominam sobie moment, kiedy Jerónimo po raz pierwszy zobaczył mnie taką. Czułam wtedy jego uczucie - miłość wymieszaną z nienawiścią. Ja również czułam się w tedy podle. Nie chciałam żyć, bo się bałam. Myślałam, że Jerónimo nie zaakceptuje mnie taką jaką jestem, ale dzięki nadziei odzyskałam chęć do życia. Przekonałam się, że Jerónimo niezależnie od tego kim jestem, kochał mnie i akceptował. Przedtem zostałam maszyną do zabijania podłych ludzi poprzez namowę Zachariasa, jednak Jerónimowi nie przeszkadzała moja przeszłość. Zmienił mnie z potwora w człowieka. Teraz oddałabym życie za przywrócenie chwil spędzonych z Jerónimem. Ale czasu nie można cofnąć, nie można przywrócić życia komuś, kto już nie żyje.
  Z oczu popłynęła mi łza. Coś, co chciałam całkiem niedawno zapomnieć z całych sił, wróciło. Poczułam pustkę, wypełniającą każdą komórkę mojego ciała. Krew zaczęła pulsować, zatruwając serce gorzkimi wspomnieniami.
  Pokręciłam głową, nie odrywając wzroku od lustra.
- Nie. - szepnęłam do siebie. - Nie możesz zniszczyć tego, co już prawie osiągnęłaś.
   Wszystko wróciło na swoje miejsce. Kolor skóry wraca do lekko różowego, a serce znów natychmiast zaczyna bić. Wyglądam tak, jakbym nurkowała w oceanie i straciła nagle przytomność. To uczucie jest potworne, lecz trwa tylko chwilę. Później się uspokajam, zdejmuję suknię i zakładam swoje stare ubrania.
Po dłuższym czasie wychodzę z przebieralni, a Jane wzdycha z irytacji.
- Coś się tak grzebała? - patrzy na mnie tak, jakby próbowała mnie prześwietlić. Wydycha powietrze i robi dzióbek z ust. Uśmiecham się z miny jaką zrobiła i również robię dzióbek. Wybuchamy śmiechem, a sprzedawczyni patrzy się na nas, jak na dwie wariatki potrzebujące natychmiastowej pomocy psychiatry.
  Przed wyjściem ze sklepu, przeglądam się jeszcze raz w lustrze, upewniając się czy wszystko wróciło do normy, ale nagle dostrzegam w oczach czerń, która przypomina mi o tym, co się niedawno stało. Przechodzą mnie ciarki. Oby Jane nic nie zauważyła.

  Wieczorem panuje istny chaos. Biegam w tą i z powrotem, nie mogąc się uspokoić. Jestem strasznie podekscytowana, ale i zdenerwowana. Od dłuższego czasu nie byłam na tego typu przyjęciach. Kuzynka wpada do pokoju, prosząc o zapięcie sukienki z tyłu. Na samą myśl, że za chwilę musimy wychodzić ręce i nogi trzęsą mi się, a w głowie mam istny bałagan myśli. Co powiedzieć? Jak się zachować? Czy będę dobrze wyglądać? Te i wiele innych pytań nasuwały mi się z prędkością światła tak, że nie mogłam nad niczym zapanować.
  Jane odwraca się do mnie i kładzie mi ręce na ramionach.
- Będzie dobrze. Nie denerwuj się tak. - mówi spokojnym, opanowanym głosem. No tak, przecież dla Jane to wielka chwila, ale ona doświadcza wiele takich podobnych imprez. Więc jak może się tak zachowywać? - To jest dla mnie bardzo ważna chwila. Wszystko musi być dopracowane i dopięte na ostatni guzik. Will się tym zajął, więc nie mamy powodów do zmartwień. Zobaczysz, wszystko pójdzie tak jak mówiliśmy. - odwraca się do mnie bokiem, wyciąga dłoń przed siebie i przymruża oczy.
- To będzie niczym bal dla księcia i księżniczki. Jak w "Kopciuszku".
  Śmieje się ze swoich słów, po czym odwraca się i szepcze:
- Będziemy pięknymi księżniczkami, ale niestety czas nas bardzo goni, więc rusz się! - zmienia ton, bo widzi na mojej twarzy małe zdezorientowanie.
  Pośpiesznie zakładam sukienkę, którą wcześniej z Jane tyle się naszukałyśmy. Zrobiła mi delikatny makijaż, wybrała srebrną biżuterię i wręczyła białą kopertówkę.
   Na przyjęcie, które zaczynało się za pół godziny, musiałyśmy dotrzeć żółtą taksówką. Miejsce wybrane przez moją kuzynkę, oddawało uczucie powrotu do przeszłości. Nic a nic, Oxsford wcale się nie zmienił! Nadal wygląda jak zamek niczym z  opowieści o Harrym Potterze. Stoję przed budynkiem nie mogąc uwierzyć, że znów jestem na starej uczelni Jerónima.
- Choć. Musimy jeszcze wszystko posprawdzać. Na pewno są już jacyś goście. - Jane uśmiecha się serdecznie, ale patrząc jej w oczy, wyraźnie widzę, że się boi. Kiwnęłam głową.
  Wysoki mężczyzna w garniturze, włosy zaczesane do tyłu i uśmiech, którego nigdy nie lubiłam. William zawsze wygląda jak biznesmen, ale takiego odpicowanego to jeszcze nie widziałam.
  Witamy się lekko, całując w policzek. Później robię grymas, kiedy widzę jak patrzy na moją kuzynkę i całuje ją namiętnie na przywitanie. Jeszcze nie przywykłam do takiego typu widoków, bo zawsze kiedy Will jest z Jane mnie nie ma w pobliżu.
- Ej! - krzyczę na nich, bo wydają mi się za słodcy. - Moglibyście nie obrzydzać innym widoki? - unoszę brwi w celu podkreślenia mojej chamskiej uwagi. Wiem, że teraz odgrywam się na Jane za to, że kiedyś i ona była wrażliwa na tego typu chwile. Pamiętam jak reagowała, kiedy zaczęłam się przy niej całować z Jerónimem. Pewnie wyglądała w tedy tak jak ja teraz. Ach... na prawdę chciałabym wrócić do tamtych czasów. - pomyślałam, patrząc na kuzynkę.
  Zakochani odklejają się od siebie i cicho śmieją pod nosem.
- Wszystko widzę! - krzywię się jeszcze bardziej.
- No już, już. - mówi Jane, odwracając się z Willem w stronę wejścia.
  Mimo, że wchodzimy już po schodach do uczelni, to nadal się ze mnie śmieją.Widocznie dobry nastrój ich dzisiaj nie opuści ani na moment!
  Niektórzy goście przyszli trochę wcześniej. William zaczął się rozglądać przed budynkiem, a ja z Jane witałyśmy gości przy wejściu do sali. Wszystko było uszykowane i dopięte na ostatni guzik. No, no, no! William postarał się, aby przyjęcie było jak z bajki! Z pewnością wszyscy będą dobrze się bawić.
  W końcu dotarli ostatni goście. Przyjęcie już dawno się zaczęło, ale prawdziwego ducha tańca dopiero można było poczuć, jak księżniczka i książę pokazali swój uroczy taniec walca.
  Widząc Jane wirującą z ukochanym, coś ukłuło mnie w serce. Jakby jakaś igła zazdrości. Trzymałam się jakiś czas za miejsce, w którym mnie kuło. Nie mogłam pozbyć się tego uczucia. Byłam smutna, ponieważ to ja powinnam tak świetnie się bawić. Znów przypomina mi się ten straszny wypadek, w którym zginął Jerónimo. Mam wrażenie, że to wszystko stało się przeze mnie.
  Łzy zaczęły spływać mi po policzkach. Popijając ból czerwonym winem, powoli skierowałam się do wyjścia. Jane patrzyła na mnie kątem oka, nagle poważniejąc. Nie wiedziała co się dzieje, jednak wolała nie spuszczać ze mnie wzroku. Bała się, co ewidentnie widać poprzez jej postawę.
  Nie zwracałam na nią uwagi. Dałam sobie spokój z jej radami, bo zawsze się nie sprawdzały. Spoglądając na nią ostatni raz, położyłam pusty kieliszek na tacy przechodzącego kelnera i w ciągu sekundy opuściłam przyjęcie. Jane nawet nie zdążyła mrugnąć, bo tak szybko znikłam. Nie było mi jej ani trochę szkoda, bo właśnie wspomnienia, które stały się jak płomienie, zaczęły pochłaniać moją duszę. Nie mogłam nic na to poradzić. To się po prostu stało. Ot tak.
  Na policzkach miałam ślady tuszu do rzęs. Wyglądałam jak czarownica albo rzucona przez chłopaka dziewczyna. Zatrzymałam się na chwilę przed schodami do wyjścia z uczelni. Chłodny wiatr targał włosami, a na plecach pojawiła się gęsia skórka. Jednym sprawnym ruchem wytarłam łzy, ale jeszcze bardziej rozmazałam tusz.
  Nagle nie czułam już zimna. Wiatr jakby sam uspokoił się, a ciarki znikły. Wstrzymałam oddech, którego wcale nie wdychałam. Spojrzałam na ręce - stały się blade jak ściana. Przez nozdrza wdarł się dziki zapach krwi. Wszystkie moje zmysły zaczęły szaleć. Kły wynurzyły się jak na jakieś nieme zawołanie, a serce dopiero teraz przestało bić. Ta potężna fala niespodziewanego zapachu uderzyła we mnie tak nagle, że przestałam panować nad sobą. Wyczułam zapach krwi i natychmiast, nie zważając na to, że ktoś może mnie taką zobaczyć, ruszyłam w kierunku oszołamiającego lekarstwa na wampirzy głód.
  Miejsce nie różniło się od sali, w której trwało przyjecie zaręczynowe. Była to stołówka, całkowicie ogarnięta przez mrok. Usłyszałam delikatne szuranie nogą o śliską podłogę. Nie wytężając wzroku, wiedziałam kim jest moja ofiara. Zgrabnie przechodziłam miedzy stolikami, jednakże starając się znów panować nad sobą, straciłam kontrolę i niechcący uderzyłam nogą o krzesło. Odgłos ten rozległ się po całym pomieszczeniu. Teraz, przez chwilę mojej nieostrożności, ofiara wie, że w pobliżu niej znajduje się duże niebezpieczeństwo.
  Zaczęłam przeklinać się w duchu, że całą akcję zawaliłam. Musiałam mocno wytężyć narząd wzroku, aby dostrzec niewielką sylwetkę tuż za ogromnym filarem. Tymczasem pragnienie krwi rosło tak, aż stało się niemal nie do wytrzymania. Chwiejnym krokiem ruszyłam przed siebie, odsuwając na bok z piskiem i wielkim hałasem stoliki z krzesłami. Nie zwracałam uwagi na to czy ktoś to usłyszy czy nie. Chciałam za wszelką cenę dostać to, po co tutaj przyszłam.
  Nie myślałam o niczym. Nasłuchiwałam jak serce owego mężczyzny biło szybkim tempem. Jakieś drugie ja chciało przerwać walkę, ale nie potrafiłam oprzeć się pokusie, nawet jeśli jest tak blisko mnie. Szybko przeczesałam włosy lewą dłonią, zatrzymawszy się przed filarem, gdzie chroniła się bezbronna przynęta.
- Pokaż się, kotku. - powiedziałam słodkim głosem, na jaki było mnie stać. Uśmiechnęłam się, dając sobie do zrozumienia, że gra w kotka i myszkę właśnie dobiegła końca.
  Nie usłyszałam żadnej odpowiedzi ani odgłosu. Zrobiwszy krok do przodu, moje oczy zalała furia, która zmieniła kolor tęczówek na krwisto-czerwony, podobny do mojej sukienki.
- Jeśli się poddasz, zrobię to szybko i bezboleśnie. - zażartowałam, ale mój flirciarski głos nie dał pożądanego efektu. Ofiara dalej czekała za filarem.
  Pomyślałam, że jeśli nie zrobię tego natychmiast, mogę zostać przyłapana przez jakiegoś gościa. W chwili kiedy ruszyłam do mężczyzny, aby złapać go za kark i mocno wbić kły, poczułam przechodzący przez całe ciało prąd. Przymknęłam oczy, nie zdając sobie sprawy co przed chwilą się wydarzyło.
  Upadłam na kolana, a z kącików ust wypływała mała stróżka śliny. Moje dawne ja skryło się głęboko, uciekając przed bólem, jakie zadawały igły wbijające się w całe ciało. Później nie mogłam zobaczyć niczego ani uchwycić odgłosów, jakie wydawałby atakujący mężczyzna. Czy to właśnie miałby oznaczać mój koniec?
  Ograbiona z resztek sił, jakie pozostały dla ataku, upadłam na podłogę ciszej niż odgłos upadającej igły.

1 lutego 2014

Nowe życie?

  Czuję duszący zapach dymu w swoich płucach. Za każdym razem, kiedy rozpaczliwie próbuję złapać oddech dławi mnie trujący gaz, którego nie mogę się pozbyć. Zaćmiewa powoli mi wzrok, powodując zawroty głowy. Słyszę jak płomienie chłoną każdą część domu, w którym mieszkam z Jane.
  Na darmo próbuję otworzyć drzwi. Moje siły słabną z każdą sekundą.
  Próbuję rozpaczliwie krzyczeć, ale to nic nie pomaga. Znajduje się w labiryncie zagłuszonym przez płomienie, z którego nie ma ucieczki. Jestem w sytuacji bez wyjścia, a cokolwiek zrobię i tak spłonę.
  Opadam bez sił obok łóżka. Głowę opieram o pościel. Nie mam wystarczająco dużo siły, by walczyć o życie. Nie mam siły, aby uciec z tego piekła. Kaszlę dość intensywnie. Przed oczami pojawiają się czarne plamy. Czuję jak bezlitośnie ogień pochłania mieszkanie i próbuje zabrać to co jest najważniejsze. Moje życie.
- Pomocy! - krzyczę resztkami sił, które pozostały. Wiem, że i tak nikt mnie nie uratuje. Jest już za późno. Zamykam oczy i błagam w duszy, aby to wszystko okazało się snem. - Jane... - mruczę pod nosem. Chciałabym wiedzieć co stało się z moją jedyną kuzynką. Czy uratowała się?
  Z oczu płyną mi łzy na wspomnienie jej ślicznej twarzy, czułości jaką mnie obdarzyła przez wszystkie lata spędzone w Madrycie oraz fakt, że nie długo miała wyjść za mąż. Myśląc o tym, przypomniałam sobie o Jerónimie. Miałam szczęśliwe życie, wiec nie mam się czego obawiać.
  Ostatnie co robię to przypominam sobie Jerónima. Wciąż obawiam się tego co ma nadejść, ale myśląc o nim czuję się niezwykle spokojna.
  W powietrzu brakuje tlenu. Przestaję oddychać. Jestem na skraju życia i śmierci. Płomienie zaczęły chłonąć nogi, jak przerażająca bestia - wampir, który ssie krew potrzebną do przeżycia.
  Jednak staje się zupełnie coś nieoczekiwanego. Nagle czuję na policzku delikatne muśnięcie warg. Chciałabym otworzyć oczy, ale jakby zupełnie niewidzialna siła nie pozwala mi na to.
- Isabella... - usłyszałam cichy pomruk męskiego głosu. Nie musiałam nic robić, aby wiedzieć kim jest ten mężczyzna. To Jerónimo. Poznam go nawet po głosie z zamkniętymi oczami! Przez chwilę nie mogłam opanować łez. Jerónimo żyje? Ale jak? Czyżby ten nieszczęśliwy wypadek w ogóle się nie wydarzył?
  Straszliwy ból zawładnął nade mną. Przestałam myśleć o Jerónimie, ale o ogniu. Skoro Jerónimo jest razem ze mną, co to znaczy? Nawet nie chcę wyobrażać sobie tej myśli! Nie! On nie może ponownie umrzeć!

  Zaczęłam krzyczeć, nerwowo kopiąc pościel. Jane przybiegła od razu. Delikatnie potrząsała moimi ramionami, mówiąc:

- Obudź się. To tylko zły sen.
  Wciąż powtarzała te słowa, dopóki nie wrzasnęłam na całe gardło imienia swojego zmarłego narzeczonego. Otworzyłam szeroko oczy, pełna zdumienia. Dyszałam jakbym przebiegła maraton, bez jakiejkolwiek wody. Chwilę później przytuliła mnie. Kiedy się położyłam, przyniosła zimny okład. Siadając na brzegu łóżka, wymoczyła w wodzie gazę i położyła na moim czole.
- Wydaje mi się, że masz gorączkę. - rzekła w końcu, ciągle przyglądając mi się. Pokręciłam głową.
- Wcale nie. To przez zły sen, ale już wszystko dobrze. - siadając, ściągnęłam okład z czoła.
- Powinnaś jeszcze poleżeć. Dopiero jest południe.
  Uniosłam jedną brew. Dopiero południe? Aż tak długo spałam?
- A co z przygotowaniami? - zapytałam pełna zdziwienia. Mimo iż jestem z kuzynką w Londynie dopiero od tygodnia zdziwiłam się, że Jane nie spieszyła się przygotować wszystkiego do wieczornego przyjęcia.  W Madrycie co chwilę się tym ekscytowała i w kółko powtarzała, że ta chwila musi być wyjątkowa. A teraz mówi ze spokojem, że jest południe? Coś mi tu nie gra.
- Wszystkim zajął się William. Nie musisz się wiec niepokoić. - uśmiechnęła się, a jej oczy przybrały ciemniejszy odcień szarości. Nie wiem dlaczego, ale pomyślałam, że mnie okłamała. Czuję się niespokojnie.
Tak jakby za chwilę miałby zadzwonić telefon, w którym policja wyjawi Jane wszystkie moje sekrety.
- Wszystko w porządku? - pyta, nie dowierzając moim wcześniejszym słowom. Nadal przygląda mi się badawczo, szukając jakiś oznak choroby albo czegoś, co właśnie sobie wymyśliła. Nie mogę dać jej do zrozumienia, że przejmuję się snem, który wyglądał na bardzo realistyczny. Martwię się tym, bo zawsze moje sny były zapowiedzią jakiejś tragedii albo po prostu mnie przed czymś ostrzegały.
  Kiwam jednak głową, wstając. Zmierzam w kierunku szafy, ale zatrzymuję się obok komody. Telefon zaczyna wibrować tak głośno, że Jane lekko podskakuje z przerażenia. Podchodzę, sprawdzam połączenie i wciskam zielony przycisk.
- Halo?
- Cześć, kochana. - słyszę ironiczny głos Zachariasa. - Dotarłaś szczęśliwie z Jane do Londynu?
- Oczywiście. - odpowiadam również z udawaną radością na jaką tylko było mnie stać. Mam tylko cichą nadzieję, że nie zorientuje się od razu tak, jak moja kuzynka, która teraz tępo wpatruje się we mnie swoimi szarymi oczami. Byłam nieco zaniepokojona, bo dlaczego dopiero teraz dzwonił, kiedy od mojego przyjazdu minął już tydzień? Szybko uświadomiłam sobie, że skoro byłam zajęta zwiedzaniem niektórych miejsc Londynu, on również musiał być strasznie zajęty.
- Niezmiernie się cieszę. - kiepsko udaje śmiech. Po chwili poważnieje, przybierając mroczny ton głosu. - Znalazłaś go?
  Odchrząkuję. Jane wzrusza ramionami i odchodzi do swojego pokoju.
- Jeszcze nie.
  Słyszę krzyki Zachariasa. Na pewno denerwuje się, że jeszcze nie zaczęłam nawet szukać tego człowieka. Odnoszę wrażenie, że chce, abym zajęła się tym jak najszybciej.
- Jeśli chodzi o to... - zaczęłam, ale Zacharias przerwał mi dziwnym mruczeniem.
- Myślałem, że uporasz się z tym szybko i zapomnimy o całej sprawie. Zawiodłem się na tobie, Isabello.
  Przez moment wydawało mi się, że słyszę cichy płacz. Coś w głębi serca podpowiadało mi, że Zacharias próbuje wzbudzić we mnie litość. Szybko zaczynam się dekoncentrować. Zaczęłam sobie zdawać sprawę, że zapomniałam imienia tego, którego miałam zabić.
  Walnęłam się dłonią w czoło, nerwowo tuptając nogami. Co mam teraz zrobić? Cóż... jeśli Zacharias się dowie, zdenerwuje się jeszcze bardziej.
- Śpieszy ci się? - zaczęłam spokojnie, jakby nic się nie stało. Jeśli zacznę grać na zwłokę, to może się nie zorientuje. W odpowiedzi słyszę tylko głośniejszy pomruk. - Tak właściwie to czemu chcesz go dopaść? Zabił Ci bliską osobę czy jak? - wypytuję go.
  Zaczęłam zastanawiać się, dlaczego Zachariasowi tak się śpieszy. Ma jakiś szczególny powód?
- Musisz go zabić! - szybko odpowiedział. W jego głosie usłyszałam zrezygnowanie, ale także i nutę gniewu. O co tak na prawdę chodzi?
- Ale...
- Wie więcej niż powinien, dlatego musi zginąć. - udzielił mi odpowiedzi takiej jakiej oczekiwałam. Potem nastała długa i krepująca cisza.
- Gdzie mogę go znaleźć? - w końcu wybełkotałam.
- Nie wiem. Zerwałem z nim kontakt bardzo dawno temu, ale wiem, że studiował na Oxfordzie.
- Na Oxfordzie? - zapytałam, aby się upewnić, czy dobrze usłyszałam. Zamrugałam nerwowo, aby moje przypuszczenia się myliły.
- Tak. - znów mruknął.
  Wzięłam głęboki oddech i wychyliłam się do tyłu. Zamknęłam oczy i pozwoliłam sobie upaść na miękką pościel.
  Przez chwilę nie liczyło się dla mnie absolutnie nic. Jestem w stanie wyciszenia, spokoju i harmonii. Biorę jeden, drugi głęboki oddech, by później wypuścić powietrze jak z wydmuchiwanego balonu. Układam wszystkie myśli. Zapominam o rozmowie z Zachariasem i daję ponieść się błogiej ciszy.
  Zakończyłam rozmowę naciskając czerwony przycisk na komórce, powoli wstając z łóżka. Prawie bym zapomniała o dzisiejszej imprezie. Muszę się szybko przygotować, bo zostało niewiele czasu.
  Wzbieram w sobie siłę i ostatni raz myślę o człowieku, którego mam szukać.
- Dam radę. - mówię sobie. Słowa te są dla mnie jak pocieszenie. Od razu robi mi się cieplej oraz mam wrażenie, że jestem w stanie dokonać czegoś niemożliwego. To dobre uczucie - myśląc tak, uśmiecham się.
  Zaglądam do szafy, szukając czegoś ekstrawaganckiego i olśniewającego. Na dzisiejszym przyjęciu muszę wyglądać jak diva.
  Nieoczekiwanie zjawia się Jane w białej, koronkowej sukience do kolan z czarnym paskiem na biodrach. Idąc w moją stronę, obróciła się tak delikatnie, abym zobaczyła jak świetnie leży na niej sukienka. Staje przede mną z rozpostartymi ramionami, wznosząc oczy do góry, by po chwili spojrzeć na mnie z uniesionymi brwiami.
 - I jak? - pyta, aby jeszcze raz uświadomić mi, że na przyjęciu będzie jak Angelina Jolie idąca czerwonym dywanem. Poczułam się głupio, ponieważ nie wzięłam ze sobą żadnej równie pięknej sukienki do Londynu.
- Olśniewająco. - uśmiecham się rozpromieniona. - Tylko mamy problem.
- Jaki?
- Nie mam sukienki na przyjęcie. - mówię zrezygnowana. - Nie wzięłam żadnej z Madrytu.
  Jane podchodzi i klepie mnie w ramię.
- Nie martw się. Zapomniałaś, że w Londynie  też mogą być piękne suknie?
  Kręci głową z uznaniem, by później wybuchnąć razem ze mną śmiechem.