10 września 2015

Zawieszenie



 Przykro mi to pisać, ale ponownie zawieszam bloga. 
Tym razem nie z powodu braku weny, ale z powodów osobistych.
W przyszłych tygodniach nie pojawi się następny rozdział. 
Mam nadzieję, że wiernie będziecie czekać aż do odwołania.





Coral1q

31 lipca 2015

W blasku zachodzącego słońca


  Obrazki w mojej głowie przesuwały się jakbym kręciła kalejdoskopem wydarzeń z poprzednich lat. Nie pamiętałam dokładnie wszystkiego, jednakże byłam w stanie odtworzyć większość wydarzeń w których uczestniczył Zacharias. Byłam tym zdruzgotana. W moich wspomnieniach nigdy nie było Williama ani nigdy nie padło jego imię z ust Zachariasa czy Michaela. Albo przynajmniej tego nie mogłam sobie przypomnieć.
  Domniemana zdrada Michaela wszystko zmieniła w czasie, gdy próbowałam walczyć sama ze sobą. Stało się to wtedy, gdy coraz bardziej byłam zakochana w Jerónimie. Powoli przeistaczałam się z wampira bez skrupułów w wampira bardziej ludzkiego. Moje serce zaczęło się zmieniać, zaczęło kochać. Nie zwracałam już uwagi na zlecenia, które Zacharias kazał mi wykonywać ani na Michaela, który potrzebował mojej pomocy. Wkrótce po tym, stałam się wampirzycą, która sama podejmowała decyzje i sama decydowała o swoim życiu. Stałam się niezależna. I właśnie wtedy stała się tragedia. Michael zniknął, a jakiś czas później Jerónimo miał wypadek samochodowy. Moje życie nabrało ciemnych barw...
  Michael należał do Stowarzyszenia Baya*, podobnie jak ja. Był prawą ręką Zachariasa i doskonale wiedział jaki cel chce osiągnąć Zacharias. Nie wiele słyszałam o tym, co się stało, ale pamiętam, że Michael sprzeciwił się Zachariasowi i wraz z jeszcze jednym mężczyzną dopuścił się spisku przeciwko Stowarzyszeniu Baya. Nie wiem czy został zamordowany czy zdołał uciec, ale ilekroć przypomina mi się ta historia, mam ochotę się rozpłakać. Mam wrażenie, że to przeze mnie tak się stało.
  William stał naprzeciw mnie ze spuszczoną głową i czekał aż pozbieram wszystkie myśli, by w końcu coś powiedzieć. Ale nie mogłam wydusić z siebie ani słowa. Wszystko dławiłam w sobie, całkowicie zablokowana przez wspomnienia. Nie mieściło mi się w głowie, że William może mieć coś wspólnego z Michaelem! Czułam, że przede mną stoi obca osoba. Nie znam już Williama Howarda.
  Z czasem zaczynałam uspokajać swój płacz. Spojrzałam tępo na narzeczonego kuzynki. Oczekiwałam, że opowie mi wszystko co się wtedy wydarzyło, że opowie mi całą swoją historię.
- No powiedz coś. - szepnęłam błagalnym tonem. Nagle zdałam sobie sprawę, że wszystko co dotyczy Willa tak naprawdę jest jednym wielkim kłamstwem. Od momentu, w którym się poznaliśmy, aż do teraz - każde jego słowo jest kłamstwem. I znienacka do głowy przyszła mi myśl: czy jego miłość do Jane jest prawdziwa czy tak jak wszystko inne - fałszywa?
- To prawda. - wydukał zdławionym głosem, jakby połknął wielką gulę. - To prawda, Is. Zachariasa poznałem zanim ciebie przemienił w wampira. Nic o tobie nie wiedziałem i nie słyszałem. Zacharias był moim kolegą z liceum. Stare czasy. Nasza przyjaźń dużo przetrwała, aż do czasu gdy poznałem was. Wtedy się rozdzieliliśmy i każde poszło w swoją stronę. Jednak Zacharias odnowił swoje stare kontakty tuż przed tragedią jaka spotkała ciebie. Ale, Isabello, ja nie chciałem abyś była pogrążona w smutku. - uderzył pięścią w swoją klatkę piersiową, jednocześnie podniósłszy głos. - Nie chciałem nikogo skrzywdzić!
- Ale go zabiłeś. - wyszeptałam. Nie mam sił, aby krzyczeć. Patrzyłam na niego z pogardą, ale nic nie mogłam zrobić. Byłam tym wszystkim zmęczona. Odkrywanie prawdy wyssało ze mnie resztki sił, które posiadałam. Nie mam sił walczyć, żeby dowiedzieć się co tak naprawdę się wydarzyło. Wiedziałam, że później mogę tego żałować, ale powinnam poznać wszystko przynajmniej ze względu na Jerónima. Aby pozwolić mu w spokoju odejść, muszę znać całą prawdę. Dlatego wciąż nie potrafię odpuścić.
- Nie! - krzyknął jeszcze bardziej niż przed chwilą. Zrobił minę urażonego. - Zacharias kazał mi się go pozbyć, ale nie zabiłem go! Przyrzekam! - znów uderzył pięścią w klatkę piersiową.
- Will, ja nie mogę ci już ufać. Nie wiem co jest prawdą a co kłamstwem. - spojrzałam na niego z przygnębieniem. Przez chwilkę nie mogłam złapać oddechu, bo serce wariacko biło w mojej piersi.
- Isabell, powiem ci całą prawdę. Powiem ci wszystko co będziesz chciała, ale proszę, uwierz mi, nie zabiłem go - był zrezygnowany, po tym jak powiedziałam mu o zaufaniu.
- Więc co się stało z Michaelem? Co cię z nim łączy?
- Zacharias kazał mi się go pozbyć, jak dowiedział się o jego zdradzie. Był niezwykle uparty. Nie powiedział mi zbyt wiele o nim, tylko to co może pomóc mi go odnaleźć. Chciał abym go zabił. Znalazłem Michaela. Jednak kiedy go zobaczyłem, wiedziałem już od razu, że ten mężczyzna musi żyć. Rozmawiałem z nim. Powiedział, że wstawił się za tobą u Zachariasa, a on przyjął to jako zdradę. Michael niedługo miał się ożenić. Zakładam, że nie doszło do ślubu, ponieważ zaraz po naszej rozmowie zniknął. Zacharias uwierzył w moje kłamstwo, że go zabiłem. Isabello, uwierz mi. Ja go nie zabiłem. - błagał o zrozumienie i o wiarę w to, że nie dokonał  morderstwa. Chciałabym mu uwierzyć, ale coś się we mnie zablokowało, że te dwa słowa po prostu zbyłam i uznałam go za winnego. - Nie wiem co się stało z Michaelem. Po poznaniu ciebie i Jane, postanowiłem zmienić swoje życie.
  Historia zaczęła się powtarzać. Podobnie jak ja, William chciał zacząć od nowa, zapomnieć o koszmarach przeszłości. Czy czuł się winny, że miał zabić niewinnego mężczyznę? Czy William mówi prawdę co do wydarzeń z dwóch lat?
- Więcej nie kontaktowałem się z Zachariasem. Jednak kiedy się przeprowadziliśmy do Londynu, otrzymałem list od niego, właśnie z tą informacją. - wskazał na beżową kartkę.
- Kłamiesz. - rzekłam spokojnie, jednak wewnątrz mnie panował już chaos. Nie wszystko to co powiedział miało sens. - Skoro nie kontaktowałeś się z Zachariasem, to dlaczego napisał, że "Austin powoli dowiaduje się wszystkiego" ? - mój spokojny ton przeszedł w oskarżycielski. Jego oczy rozszerzyły się.
- Dobrze. - powiedział zrezygnowany. - Od czasu do czasu rozmawialiśmy o sprawach bieżących.
- Sprawach bieżących? Co to ma znaczyć?
- No o tym co się dzieje u mnie i u ciebie.
- I wszystko mu mówiłeś?
- T-tak.
- Will, jak mogłeś? Nie tylko jesteś winny śmierci Michaela, ale także i Jerónima.
  Przeze mnie przeszła fala nienawiści. Jestem pewna, że to on za wszystkim stoi wraz z Zachariasem.
- Nie prawda! Nie mam nic wspólnego z Jerónimem. Zresztą skąd wiesz, że Michael nie żyje? Może gdzieś mieszka!
- Bzdury! Gdyby żył, dawno spotkałby się ze mną.
- Ano fakt - burknął pod nosem tak, że nie usłyszałam.
- Will, powiedz wszystko. Co kazał zrobić ci tym razem Zacharias?
- No nic szczególnego - chciał się wymigać od odpowiedzi, ale gdy zobaczył jak nienawistnie na niego patrzę, powiedział: - chciał abym również się go pozbył. Ale nie zamierzam tego zrobić! Wiem, że jest on w pewnym sensie ważny dla ciebie. Dlatego porozmawiaj z nim. On na pewno wie więcej ode mnie. Na pewno powie ci całą prawdę.
  Jego ostatnie słowa brzmiały tak, jakby jeszcze coś przede mną ukrywał. Nie wiem dlaczego, ale nie drążyłam już więcej tego tematu i nie kłóciłam się później z Williamem, co było dla nas bardzo dziwne. Gadaliśmy spokojnie, nie patrząc sobie w oczy. Przemilczaliśmy wiele spraw. Na koniec dnia, już w domu, poprosił abym nic nie mówiła Jane. Spełniłam jego prośbę mając nadzieję, że za kilka dni nabierze tyle odwagi, żeby wyznać Jane to, co ukrywał przede mną. Ale nawet gdy nie spodziewamy się żadnych niespodzianek, one przychodzą w najmniej odpowiednim dla nas momencie. William prawdopodobnie nigdy nie powie Jane o tym, o czym rozmawialiśmy, jednak nikt nigdy nie utrzyma tak długo tak wielu kłamstw. One muszą kiedyś wyjść na światło dzienne.

   Cały wtorkowy wieczór przesiedziałam z Jane w kuchni. Rozmawiałyśmy głównie o uniwersytecie i jej pracy. William pogodził się w końcu, że Jane pracuje. Chciał aby odpoczęła przed ślubem, aby zajęła się przygotowaniami do niego. W ich spojrzeniach widziałam duży szacunek, ale nadal uważam, że Will nie jest odpowiednim mężczyzną dla kuzynki. Ich konflikt dotyczący jej pracy, tylko mnie w tym utwierdził. Jane nie jest człowiekiem, który może siedzieć spokojnie. Ona musi coś robić, działać. Nie lubi być na łasce faceta, za którego niedługo ma wyjść za mąż. Will również przesadza. Jego postawa mnie denerwuje. Chce utrzymać Jane za swoją pensję? Jego pensja nie wystarcza na zbyt duże wydatki. Pokrywa tylko rachunki za mieszkanie i spokojnie wystarcza aby zakupić żywność na trzy tygodnie. 
  Dzień minął szybko i nadeszła środa. Od rana wybrałam się z Willem do willi aby ukończyć malowanie ścian i zabrać się za wybranie mebli czy sprzętu AGD i RTV. Ja skupiłam się głównie na wyboru dekoracji, a Will na sprzętach elektronicznych.
  W południe przypomniałam sobie o spotkaniu z Theodorem. W głowie powstawało mi już kilka pytań, które koniecznie muszę mu zadać, typu: gdzie się wychował, kim byli jego rodzice, czy ma rodzeństwo, od kiedy mieszka w Anglii i na jakich jest studiach.
- Is. Is! - krzyknęła kuzynka. Oderwałam się od rozmyślań i spojrzałam na nią.
- Tak? Przepraszam, zamyśliłam się.
- Właśnie widzę. Przebierz się, bo zaraz wyjeżdżamy.
  Kuzynka doskonale wiedziała gdzie i z kim jadę się spotkać, dlatego poprosiła Willa aby razem z nią mnie odwieźli w umówione miejsce. Wysiadłam przed główną bramą uniwersytetu, bo tutaj się umówiliśmy. Theodore już czekał. Byłam zdenerwowana. Przez chwilę Jane przyglądała się nam. Czułam jej świdrujący wzrok na sobie oraz deja vu. A co gorsza, nie mogłam pozbyć się tego uczucia. Chociaż nigdy nie było takiej sytuacji jak ta, wiedziałam, że kiedyś już coś podobnego przeżyłam.
  Theodore gdy tylko mnie zobaczył, wstał z ławki i podszedł. Stanął tuż przede mną, a po chwili spojrzał mi głęboko w oczy. Gdyby nie ich intensywny brązowy kolor powiedziałabym, że są to oczy Jerónima. Nawet to spojrzenie, to uczucie, sposób w jaki na mnie patrzy jest takie same. Nie potrafię pozbyć się tego wrażenia, że osoba, która przede mną stoi, to Jerónimo. Tak bardzo za nim tęsknię, tak bardzo znów chciałam go zobaczyć, że teraz nie mogę oderwać od niego wzroku. Chciałabym móc patrzyć na niego całą wieczność, a może i dłużej gdyby nie to, że on nie żyje.
  Theodore uśmiechnął się, a mi prawie kolana odmówiły posłuszeństwa. Już prawie upadłam na podłogę i się rozryczałam, ale szybko przywołał mnie do porządku.
- Długo kazałaś na siebie czekać - rzekł, wymachując przede mną telefonem.
- P-p-przepraszam - wyjąkałam.
- Coś się stało? Tylko nie płacz, pomyślą, że zrobiłem coś złego - zażartował.
  Pokręciłam głową i uśmiechnęłam się.
- Nie będę płakać. Po prostu bardzo mi kogoś przypominasz.
- Ach. Mówiono mi to kilka razy. Przyzwyczaiłem się do tego.
  Zmrużyłam oczy na chwilę. Już ktoś mu mówił, że kogoś przypomina? Próbowałam się skupić i odgadnąć o kogo chodzi, ale nikt mi nie przyszedł do głowy, oprócz jednej osoby. Cynthia.
- Chodź, nie traćmy czasu - złapał mnie za rękę i pociągnął za sobą.
- Czekaj. Dokąd chcesz iść? - zapytałam zdezorientowana.
- Och, wybacz - potarł dłonią tył głowy w zakłopotaniu. - Pozwoliłem sobie wybrać miejsce. Musisz koniecznie je zobaczyć. To jest z dala od jakiegokolwiek hałasu miejskiego, więc dobrze będzie nam się rozmawiać - znów się uśmiechnął, pokazując przy tym swoje słodkie dołeczki w kącikach ust. Która dziewczyna nie chciałaby się teraz rzucić mu w ramiona albo do pocałunku? Odpowiedź jest tylko jedna: wszystkie. Ale ja stałam nieruchomo, ciągle się w niego wpatrując.
- W takim razie chodźmy - powiedziałam i chwyciłam jego ciepłą dłoń.
  Prawie się popłakałam ze szczęścia, który zaparł mi dech w piersiach. Trzymał mnie tak samo delikatnie jak Jerónimo. Ścisnęłam mocniej jego rękę. Spojrzał się na mnie, by później razem roześmiać się bez szczególnego powodu. Przy nim czułam się sobą, dawną Isabellą, którą pokochał jeden, szalony mężczyzna. Czy tym razem tak będzie?
  Chciałam wyrzucić wszystkie te myśli ze swojej głowy, ale nie mogłam. Za bardzo lubiłam ten stan, w którym świat przyjemnie wirował i wydawał się kolorowy. Za nic w świecie nie chciałabym niszczyć tego rodzaju szczęścia, choćby tak krótkotrwałego jak ten sen, który jakby przeznaczenie, znów się spełnia.
  Theodore przyprowadził mnie na jedno z niewielu wzniesień niedaleko Londynu. Widok był z stąd przecudowny, rozciągał się  na całe miasto. Jakaś siła przyciągała mnie do tego miejsca bardziej niż się spodziewałam, chciałam tu zostać. Czułam wszechogarniający spokój, dzięki któremu powoli zaczynałam się odprężać i zapominać o przeszłości. Długo patrzyłam się w dal, która jednak coś mi przypominała. Zdaje się, że kiedyś doświadczyłam czegoś podobnego, patrząc na usypiający Madryt. Theodore patrzył na mnie z zachwytem, ale po chwili opamiętał się i sprowadził mnie na ziemię, aby porozmawiać, a nie siedzieć w ciszy i słuchać swoich bijących serc.
-Prawda, że zapiera dech w piersiach?
  Przytaknęłam.
- Kiedy pierwszy raz to zobaczyłem, rozpłakałem się. Wewnątrz mnie było tyle różnych emocji, że nie mogłem ich już dłużej ukrywać. Zawsze, kiedy mnie coś przerasta albo tracę nad czymś kontrolę, przychodzę tutaj. Wyciszam się. Patrzę jak miasto zasypia. Wtedy jestem tak zahipnotyzowany tym wszystkim - wskazał ręką na rozciągający się w dole widok - że przestaję myśleć o wszelkich problemach. Przez chwilę staje się zupełnie inną osobą. Zdaje sobie sprawę, że niektóre z otaczających mnie rzeczy to jedyne falsyfikacje; nic nie znaczące.
  Spojrzałam na niego, jednak on patrzył tylko i wyłącznie przed siebie. Mówi jak robot, automatycznie to co przychodziło mu na myśl. Słuchanie jego głosu było przyjemne, ale chciałam dowiedzieć czegoś więcej. Od jakich problemów ucieka? Co go gnębi? Jaka jest  jego historia?
  Położyłam mu rękę na ramieniu. Mimo tak prostego gestu, wzdrygnął się, jakby przez cały czas był sam.
- Wybacz, odleciałem na chwilę.
- Theo - zamknął oczy na kilka sekund, po czym je otworzył. Ujrzałam w nich czysty błękit. Już prawie zatopiłam się w jego spojrzeniu, gdy nagle jakaś ręka wymachująca przede mną, rozwiała wszystkie moje sny. Ściągnęłam brwi w niezadowoleniu.
- Wszystko w porządku? Widać, że nie tylko ja tutaj się zawieszam - wybuchł śmiechem. Po chwili śmialiśmy się razem, tak bardzo, aż rozbolały nas brzuchy i usiedliśmy.
  Jednak w jego śmiechu było coś dziwnego, zresztą nie tylko w tym. Jego włosy, głos... prawie wszystko przypominało mi Jerónima. Oprócz oczu są zupełnie identyczni. Ale to niemożliwe aby Jerónimo żył. Za tym kryje się coś innego. A może to jego brat bliźniak? Czy wie o tragedii? Albo co gorsza, Jerónimo mógł zmienić się w wampira, ale przecież transformacja nie tłumaczy zmiany koloru oczu. To wszystko wydaje się zbyt dziwne.
  Im bardziej błądziłam myślami, tym bardziej gubiłam się we wszystkim. Nie byłam już pewna siebie. Moje przekonania wirowały w gęstej mgle, nie mogąc ich dostrzec, zaczęłam błądzić. Co jest prawdą, a co kłamstwem?
- To trudne pytanie - powiedział, znów wyrywając mnie z zadumy.
- Przepraszam, co mówiłeś?
  Puścił do mnie oko, mierzwiąc mi włosy. Nie lubiłam kiedy ktoś tak robił, ale w tamtej chwili było to nawet miłe. Zapomniałam nawet o pytaniach, które miałam mu zadać. Żyłam chwilą, która z każdą kolejną sekundą zbliżała mnie do niego.
- Nic ważnego - jego słodki uśmiech rozpromienił cały mój świat.
-Jerónimo... - wyszeptałam mimowolnie. Moja świadomość nadal nie dopuszczała takiej możliwości, że Jero mógł zginąć.
- Nazywam się Theodore. - powiedział miękkim głosem, bez żadnego żalu o to, że powiedziałam imię innego faceta.
- Przepraszam - krzyknęłam, wstając.
- Nie szkodzi - uśmiech zniknął z jego twarzy. Spojrzał się na mnie. Wyczytałam z jego oczu smutek, który natychmiast przeniknął i mnie. Wstał. Później zaczął patrzeć na powoli znikające w mroku miasto.
- Dlaczego nazywasz mnie Jerónimem? Już wiele razy słyszałem to imię. Kim jest ten mężczyzna? Jest aż tak podobny do mnie? Gdy Cynthia pierwszy raz mnie ujrzała, była bardzo skołowana. Na początku mówiła tak do mnie, ale później... gdy się poznaliśmy, całkowicie się zmieniła. Mógłbym nawet rzec, że oszalała na moim punkcie. A wszystko przez tego mężczyznę.
  Coś złapało mnie za serce. To jak wyrażał się o nim, nie było słychać wcale żalu czy nienawiści. Czułam obojętność. Jego ton głosu był chłodny, mimo to nie przeszły mnie ciarki po plecach jak zawsze w takich momentach. Coś było nie tak. Gdyby ktoś nazwał mnie inaczej albo mówił, że jestem do kogoś bardzo podobna przez cały czas, byłabym zła na tą osobę. On jednak był inny. Wyróżniał się pod tym względem, jednakże to nie czyni go wyjątkowym. Teraz za wszelką cenę, muszę się dowiedzieć kim naprawdę jest. To nie tylko jest ciekawe, ale i intrygujące.
  Wzięłam głęboki oddech. Wytłumaczę mu wszystko dlaczego tak się zachowuję. Chcę poznać go lepiej, dlatego musi mi zaufać.
- Jerónimo był moim narzeczonym. Wyglądał dokładnie tak jak ty. Jerónimo na początku studiował w Madrycie, a później chciał skończyć studia na Oxfordzie. Kiedy zobaczyłam cię pierwszy raz, pomyślałam od razu o nim. Jednak on nie może... - zawahałam się, przerywając na kilka sekund dalszą opowieść. Nie wiedziałam jak mu to wytłumaczyć. Spojrzał na mnie pytająco. Wtedy powiedziałam mu prawdę, bez żadnego "owijania w bawełnę" - On nie żyje.
  Zakryłam dłońmi twarz. Zaczęłam płakać. Nie potrafiłam dłużej ukrywać swoich uczuć. Tak po prostu znów zaczęłam płakać. Takie proste słowa, a wywołały u mnie burzę uczuć, które tłumiłam w sobie od tylu miesięcy. Theodore podszedł do mnie i zaczął uspokajać, delikatnie poklepując dłonią moje ramię. Próbował mnie wyciszyć. Wtuliłam się w jego silne ramiona. Takie same miał Jerónimo.
  Pokręciłam przecząco głową. Muszę wziąć się w garść. Odepchnęłam go delikatnie i wytarłam łzy, spływające po policzku. Widziałam na jego twarzy wypisaną troskę, ale szybko zapewniłam go, że wszystko w porządku.
- To tylko chwilowe. Od dawna nie płakałam. Myślałam, że uodporniłam się na te uczucia. Tym razem jednak wygrały - przetarłam ponownie policzki i pociągnęłam nosem. Theo w zrozumieniu przytaknął głową.
  Później siedzieliśmy obok siebie na miękkiej trawie i oglądaliśmy zachód słońca. Patrzyłam  ukradkiem na niego, bo żadne z nas nie chciało przerwać tej ciszy między nami. Nie potrzebowaliśmy słów w tym momencie. Zresztą bałam się do niego odezwać. Mimo iż chciałam poznać go lepiej, teraz chciałam tylko i wyłącznie posiedzieć przy nim w ciszy.
- Wszystko w porządku? - W końcu odważył się przerwać trwający spokój. Przytaknęłam na jego pytanie. Poczułam się niezręcznie, ale to uczucie szybko minęło, bo Theodore rozpoczął rozmowę. - Ile to już lat, gdy on nie żyje?
- Dwa. Dwa lata mojej tułaczki w otchłani nicości.
- Bardzo mi przykro z powodu tego co się stało. Jesteś bardzo silna, Isabello.
- Wszyscy tak mówią, ale to nie prawda. Wewnątrz mnie nie istnieje już nic. Przynajmniej tak myślałam, aż do czasu, w którym spotkałam ciebie. Gdy przyleciałam z kuzynką do Londynu, na początku chciałam zacząć wszystko od nowa, ale z każdym dniem rosła we mnie pokusa, aby dowiedzieć się czegoś więcej o śmierci Jerónima. Po tym jak zginął, sprowadziłam jego ciało do Madrytu. Pierwsze miesiące były dla mnie bardzo trudne. Chciałam nawet kilka razy się zabić. Moje życie bez niego straciło sens. Ale teraz - spojrzałam w jego oczy, a później na zachodzące słońce - moje serce na nowo zaczyna bić. To wydaje się niesamowite. Jestem jak usychający kwiat, który z powodu ulewy, znów zaczyna rozkwitać. Dzięki tobie, ja - zawahałam się na chwilę. Nie wiedziałam jak te uczucia ubrać w słowa. - Ja znów czuję - wyrzuciłam z siebie trzy proste słowa, zamykając oczy.
- Sądzę, że mamy ze sobą bardzo wiele wspólnego - jego głos jakby należał do Jerónima. Ten głos, za którym tak bardzo tęskniłam... Chciałabym słyszeć go cały czas - Ale, Isabello, jesteś pewna co do swoich uczuć?
  Przytaknęłam. Theodore westchnął.
- Czy mogę go zastąpić? - zapytał mnie tak nagle, aż moje serce zaczęło bić szybciej. Chciało wyrwać się z klatki piersiowej wprost do jego serca i połączyć się na zawsze, ale szybko zdałam sobie sprawę z jego słów. Otworzyłam oczy i spojrzałam w jego niebieskie oczy. Natychmiast chciałam zatopić się w tym morzu, który tak mnie rozpieszczał i dawał szczęście. Ale to nie były oczy Jerónima. Mgła, rozpościerająca się przede mną, opadła. To nie był mocno upragniony błękit, lecz brąz. Motyl fortuny odleciał daleko, pozostawiając mnie z pustką w środku. Poczułam się podle, że tak pomyślałam o Theodorze. Mimo iż z wyglądu był bardzo do niego podobny, to jednak bardzo się różnili. Dlaczego od razu tego nie dostrzegłam? Czy chciałam aby Theo był Jerónimem albo zajął jego miejsce? Przecież niczego już nie byłam pewna, więc odpowiedź na to pytanie zawsze pozostanie dla mnie zagadką.
- Dlaczego to nie mogę być ja? - znów usłyszałam ten sam ton głosu, którym mówił Jerónimo. Do oczu napłynęły mi łzy. Nie wiedziałam co odpowiedzieć, ponieważ nie znałam swoich uczuć w stosunku do Theodora.
- Przykro mi - wybąkałam instynktownie. - Myślę, że wciąż kocham Jerónima.
- On nie żyje - powiedział ozięble.
- To nie ma znaczenia, gdy wciąż zajmuje w moim sercu specjalne miejsce.
- Oszukujesz się.
  Wstałam, on również. Miałam dość kłócenia się o to kogo kocham. Serce człowieka nigdy nie kłamie, zaś rozum wiele razy zawodzi. Ja całkowicie podporządkowałam się sercu mimo, iż jestem wampirem, który prawie za każdym razem myśli racjonalnie i tych instynktów się trzyma.
   Już chciałam ruszyć w drogę powrotną, gdy nagle Theo złapał mnie za przedramię. Po raz kolejny spojrzeliśmy sobie w oczy. Zobaczyłam w nich pewność siebie i coś, czego nie umiem nazwać słowami.
- Wiem kim jesteś, Isabello - zmarszczyłam brwi. - Wampirem.
  Otworzyłam szeroko oczy ze zdumienia. Bałam się tej chwili, gdy ktoś odszyfruje moją prawdziwą twarz, ale ten moment jest zupełnie inny. Myślałam, że to odkrycie dokona się przez przypadek albo sama o tym powiem. Widocznie przeliczyłam się.
- A-ale jak? Skąd wiesz?
- Wampir umie wyczuć wampira. Nie wiedziałaś? Myślałem, że ty pierwsza to powiesz. Ale nie przeszkadza mi to kim jesteś. Wyzwalasz we mnie silne uczucia takie, których dotąd nie miałem.
  Patrzyłam na niego przerażona, nie wiedząc co powiedzieć ani co zrobić. Stałam tam jak słup soli, zastanawiając się. Theodore puścił moje przedramię.
- Chodzi mi o to, że chcę poznać cię bliżej, dowiedzieć się kim jesteś. To po prostu ciekawość - wyjaśnił, abym dłużej nie musiała się tak denerwować. - Możesz śmiało zadać mi jakiekolwiek pytanie. Postaram odpowiedzieć na każde.
- Powiedz mi swoją historię. To, jak zostałeś wampirem.
- Gdy zacząłem studiować poznałem mężczyznę, głęboko zakochanego w kobiecie. Udzielałem mu rad, jak ją zdobyć. Gdy on powoli się w niej zakochiwał, mój ojciec poważnie zachorował. Błagałem lekarzy, aby go uleczyli. Jednak choroba pokonała mojego ojca i wkrótce umarł. Również ta kobieta umarła w wypadku samochodowym. Mężczyzna, z którym się zaprzyjaźniłem i pomagałem w wyswataniu, okazał się wampirem. Poznałem jego krwiożerczą naturę. Wtedy, po śmierci ojca, byłem w agonii. Niezdolny do czegokolwiek. Czułem się beznadziejny, niepotrzebny. Mój przyjaciel, wampir, mi pomógł. Znalazł dla mnie pewien cel w życiu, którego po dziś dzień się trzymam. Od mojej przemiany nie minęło zbyt dużo czasu, jednak stałem się już wampirem w pełni.
  "Wampirem w pełni" - raz za razem pobrzmiewały mi te słowa w głowie niczym echo. Theo miał rację. Są umiejętności, które powinnam posiadać, a ich nie mam. Takim przykładem może być fakt, że nie panuję nad swoją krwiożerczą naturą. Nie umiem również powstrzymać się od zmiany w wampira co niekiedy jest dosyć kłopotliwe. Zacharias umie także manipulować umysłem ludzi, natomiast mnie nigdy się to nie udało. Jest jeszcze wiele innych cech, których nie mam i gdybym zastanawiała się tak długo, przypomniałabym sobie je wszystkie. Ale teraz to nie był czas na to.
- Isabella, daj się ponieść swoim emocjom. Wszystko się zmieniło. Teraz... - gdy ponownie przemówił, zaczął powoli zbliżać się do mojej twarzy. Patrzył mi prosto w oczy, aż do czasu gdy nasze usta dzieliły tylko trzy centymetry! Serce omal mi nie wyskoczyło. Spojrzałam się na jego usta, po czym wzrok podniosłam z powrotem na ten magnetyczny brąz, który mógłby hipnotyzować każdą kobietę, ale nie mnie. Ja w duszy wciąż pragnęłam zobaczyć mój szalony błękit Jerónima. Dlatego gdy już chciał mnie pocałować, delikatnie odwróciłam głowę.
- Przepraszam - wybąkał po chwili zdezorientowany.
- Możemy już wrócić? - poprosiłam, ponieważ atmosfera między nami zrobiła się gęsta. Nie chciałam się tłumaczyć ze swoich uczuć Theodorowi. Jestem tym zmęczona. Zmęczona miłością oraz tym, że w moim sercu nadal jest Jerónimo i chęci aby dowiedzieć się całej prawdy o jego śmierci.
- W porządku - odrzekł, nie spoglądając już na mnie, nawet gdy żegnaliśmy się przed rezydencją.


*Stowarzyszenie Baya – Tajne stowarzyszenie założone w 1910 roku przez kuzyna Zachariasa w Londynie, gdzie do dziś ma swoją siedzibę. Wszyscy, którzy należą do stowarzyszenia są wampirami. Nazwa stowarzyszenia pochodzi z języka hiszpańskiego, co słowo „Baya” oznacza „jagodę”. Historia jest nieco straszna, bo Zacharias od początku powstania stowarzyszenia chce objąć władzę, jednak nigdy mu się to nie udało. Isabella dołączyła do organizacji zaraz po przemianie w wampira, szybko zaprzyjaźniając się z Michaelem, który był już wówczas prawą ręką Zachariasa. Obaj, Isabella i Michael, wykonywali zadania Zachariasa, zabijając na zlecenie. Później Isabella poznała Jerónima. Chciała stać się „normalną osobą” dlatego chciała odejść z tajnej organizacji. Michael poparł jej decyzję, gdyż niedługo miał odbyć się jego ślub. W wyniku nieporozumienia Michael został uznany za zdrajcę. Zacharias kazał Willowi pozbyć się go. Po zniknięciu Michaela, Isabella odeszła ze stowarzyszenia. Kilka miesięcy później, tuż przed ślubem Isabelli i Jerónima, wydarzył się wypadek samochodowy. Jerónimo zginął na miejscu.

11 kwietnia 2015

Labirynt tajemnic

  Byłam zlana potem, kiedy dotarłam do bramy mojego niedawno kupionego domu. Nie zauważyłam niczego dziwnego poza białymi furgonetkami w oddali. Przez korony drzew nie przebijało się zbyt dużo światła, dlatego odczułam, że aura tego miejsca jest ponura i mroczna. Idąc wzdłuż ścieżki otoczonej przez wysokie, sięgające mi do bioder krzewy, coraz bardziej zbliżałam się do tajemniczych białych furgonetek. Zajrzałam do środka jednej z nich - było pusto. W oddali usłyszałam krzyki Williama. Podeszłam do schodów i zobaczyłam, jak dziewczyny w białych fartuchach krzątają się w tą i z powrotem po domu. Jedna z nich niosła figurkę w kształcie słonia stojącego na dwóch tylnych łapach. William stał na schodach i wszystko nadzorował. Przez chwilę starałam się go obserwować i wywnioskować dlaczego mi pomaga. Dosyć, że wygląda na zapracowanego kiedy przyjeżdża do domu wieczorem po pracy w kancelarii swojego ojca, to jeszcze z dużym zapałem pomaga mi odnowić dom. Z pewnością ma w tym jakiś cel, a może nawet później będzie mnie tym szantażował, abym zrobiła jakąś przysługę dla niego!
- William! - krzyknęłam. Natychmiast się odwrócił. - Co tu się dzieje?
- Nie widzisz? Wynająłem ludzi do sprzątania domu. Chodź, musisz wybrać meble do pokoi. - powiedział, energicznie machając ręką. Ruszyłam ku schodom, kiedy jedna z dziewczyn w białym fartuchu poślizgnęła się obok Williama i wyrzuciła figurkę słonika do góry. Will szybko zareagował i złapał ją, obejmując rękoma w pasie. Figurka otarła się o dłoń Williama, raniąc go, a następnie spadła na schody i roztrzaskała się. Przerażona zakryłam rozwarte usta. Głowa słonika poleciała aż do moich stup.
  Dziewczyna wyprostowała się i zaczęła panikować, gdy ujrzała ranę na dłoni swojego pracodawcy. William natomiast uspokajał ją mówiąc, że wszystko w porządku. A ja bałam się, że zapach krwi wyzwoli we mnie moją ciemną stronę i osoby, które nie powinny wiedzieć kim jestem - dowiedzą się o mojej prawdziwej tożsamości.
  Jak tylko ten słodki zapach dotarł do mnie, próbowałam z całej siły opanować swoje uczucia i wygrać nad coraz bardziej przybierającą na mocy rządzą krwi. Jednakże ten aromat przyprawiał mnie o zawroty głowy i błagał, abym mu się poddała.
- To nic wielkiego. Trzeba tylko opatrzyć ranę. - powiedział William, po czym spojrzał się na mnie. - Isabello, pomożesz mi?
- T-tak. - wyjąkałam przejęta. Nie wiedziałam co zrobić, ale przecież nie mogłam odmówić. Trzęsąc się weszłam po schodach za Willem.
  Weszliśmy do kuchni. Will od razu usiadł na krzesełku obok okna, a ja doszłam do apteczki wiszącej naprzeciw drzwi i zaczęłam szukać wody utlenionej oraz plastra. "Co robić? Co robić?!" - krzyczałam w duchu. Nie miałam zielonego pojęcia jak mam się w takiej sytuacji zachować, aby Will nie odkrył mojej tajemnicy. Kiedy nerwowo szukałam wody utlenionej, rana Howarda krwawiła coraz bardziej, kusząc mnie przy tym niesamowicie. W końcu znalazłam to czego potrzebowałam i z trzęsącymi się wciąż dłońmi, podeszłam do narzeczonego kuzynki. Nogi miałam jak z waty i gdyby mnie lekko szturchnął, zatoczyłabym się do tyłu jak ciężki niedźwiedź.
  Polałam ranę wodą utlenioną, a ona od razu zaczęła się pienić. William cicho przeklinał mnie, że tak mocno go szczypie, a ja modliłam się w duchu, aby nie zobaczył mojego przerażenia. Kiedy nakładałam plaster, moje dłonie strasznie się trzęsły, więc objął je.
- Czemu tak dygoczesz? - zapytał, patrząc się na mnie wyczekująco. Znów poczułam ten kuszący zapach krwi. Starałam unikać jego przeszywającego wzroku, ale tak czy siak nie uniknę swojej prawdziwej krwiożerczej natury. - Powiesz coś w końcu?
- Przepraszam. - rzuciłam tylko, szybko nakładając plaster na jego ranę. Odwróciłam się na pięcie i jak najszybciej skierowałam się do wyjścia. Nie wiem co mnie pchnęło do takiego postępowania, ale miałam już serdecznie dość jego towarzystwa. Chciałam jak najszybciej opuścić kuchnię i zaczerpnąć świeżego powietrza, ponieważ zapach krwi zaczął mnie dusić. Niemal czułam jak moje oczy nabierają krwistego koloru, a skóra staje się blada.
  Wystawiłam już nogę na korytarz, gdy nagle Will złapał mnie za ramię i mocno pociągnął do tyłu. Potknęłam się o próg i przewróciłabym się tak samo jak sprzątaczka przed chwilą, gdyby William nie przytrzymał mnie w odpowiednim momencie. Później rzucił na drzwi. Nie poczułam żadnego bólu - kolejny znak, że po woli zaczynam przeistaczać się w wampira. Zamknęłam oczy, marząc tylko o jednym, aby to co się teraz dzieje było zwykłym snem, z którego zaraz się obudzę.
  Tak jednak się nie stało.
- Co się z tobą dzieje, Is? - jego głos zabrzmiał złowrogo. Otworzyłam oczy zupełnie nie zdając sobie sprawy, że mój koszmar dopiero się zaczyna.
  Wampir nie panuje nad sobą, kiedy jego osobowości się zmieniają. Staje się coraz bardziej agresywny, staje się krwiożerczą bestią. Nie szanuje nikogo i nie oszczędza niczego co stoi żywe na jego drodze. Opanowany swoją żądzą krwi zupełnie zapomina o tym kim był przed chwilą. Pragnie tego niesamowitego uczucia picia czerwonej substancji i tego podniecającego smaku. Wampir nie myśli wtedy racjonalnie, kieruje się raczej swoim morderczym instynktem.
   Pierwsze co zmienia się w takiej osobie to szósty zmysł, którym czuje ten słodki, wyjątkowy zapach. Potem wzbierają w nim ogromne pragnienia picia krwi. Istota ta odczuwa niesamowity ból, który bez zaspokojenia swojego głodu staje się nie do wytrzymania. Wówczas skóra wampira staje się strasznie biała, niemal jak płótno. Oczy zmieniają swój kolor na krwistoczerwony, ociekający pożądaniem krwi. A kły zaczynają się wydłużać. Nic innego się nie liczy jak tylko rozkosz jaką daje "czerwone upojenie".
  Takim potworem stałam się właśnie ja, Isabella. Kiedy otworzyłam oczy i spojrzałam prosto w jego czarne tęczówki ogarnęło mnie poczucie wstydu. Bałam się, że odkryje kim tak naprawdę jestem, jednakże ten słodki, uwodzicielski zapach wdzierał się w nozdrza i powodował, że zaczynałam wewnątrz szaleć. Zaczynałam swoją wewnętrzną walkę między racjonalizmem a potężną falą ognia, która nakazywała wbić się zębom w jego ciało. Ochota jakiej nie mogłam się pozbyć, ciągle napierała na mnie z coraz większą siłą.
  William otworzył szeroko oczy, puszczając jednocześnie moje ręce. Zupełnie zaskoczony moją nagłą przemianą, zaczął się cofać do tyłu aż uderzył plecami o framugę drzwi. Widziałam jak w jego oczach wzbierał silny wstrząs: miał zamęt w głowie, a jego myśli kłębiły się i wyglądały jak jeden wielki chaos. Nie może uwierzyć w to co widzi przed sobą - człowieka zmienionego w wampira.
  Cała się trzęsłam z tej dziwnej sytuacji. Nie sądziłam, że mogłabym zmienić się w potwora na oczach narzeczonego mojej kuzynki. Dopóki nie zmienię się z powrotem, William będzie się bał i może mój sekret wszystkim wyjawić.
  Później nastąpiło coś czego nigdy w życiu bym się nie spodziewała! William podszedł do mnie i złapał mnie za nadgarstek, a następnie wyjrzał na korytarz prowadzący do szklanej altany. Zobaczywszy, że nie ma tam żadnej żywej duszy, a wszystkie sprzątaczki wyszły na zewnątrz, pociągnął mnie za nadgarstek i poprowadził przez korytarz. Szliśmy w milczeniu, jednak w środku czułam, jak powoli przeistaczam się w człowieka, a pragnienie krwi staje się słabsze i zapach nie korci mnie tak bardzo jak jeszcze przed chwilą.
   Kiedy weszliśmy już do altany, Will puścił nadgarstek. Zauważyłam, że na dębowym stole jest masa jakiś papierów, jednak nie przyjrzałam się zbyt dokładnie, ponieważ William przerwał tą długą, krępującą ciszę.
- Nie mogę po prostu uwierzyć. -powiedział cicho na tyle, że mogłam usłyszeć, po czym przeczesał dłonią włosy, a drugą podparł pod biodro.
- Nie boisz się mnie?
- A dlaczego miałbym? Jesteś taka jak Zacharias - rzekł, a po mnie przebiegła kolejna fala gęsiej skórki. Otworzyłam szeroko oczy, zdziwiona jego odpowiedzią.
- Skąd znasz Zachariasa? - wymknęło mi się pytanie, które kiedyś zaprzątało mi myśli. Znów napływa mi tysiąc pytań na temat tego co wie i ile wie, jednak muszę się powstrzymać, bo mogę nie chcący coś zdradzić.
  William podrapał się z tyłu głowy z zakłopotania.
- Znam go od pogrzebu Jerónima.
  Moje serce zaczęło strasznie łomotać. Natychmiast przypomniałam sobie ten dzień. Teraz przypomniałam sobie wszystkie szczegóły z tamtego wydarzenia. Wszyscy byliśmy bardzo przygnębieni, a ja byłam pogrążona w głębokiej nostalgii. Pamiętam jak nie mogłam uwierzyć w tą śmierć w to, że już nigdy go nie zobaczę. Moje serce prawdopodobnie zatrzymało się w chwili, kiedy dowiedziałam się o wypadku i przestało bić dla dobra. Zmieniło się w czarne, krwawiące serce, które teraz niczym nie przypomina dawnej mnie.
  Staliśmy mokrzy nad grobem Jerónima, położonego nieopodal cmentarza, tuż przy lesie na obrzeżach Madrytu. Jane kucnęła przy mnie i swoim ciepłym ramieniem obejmowała moją szyję, a ja klęcząc byłam zalana łzami i nie słyszałam żadnego słowa, które do mnie kierowano. Słyszałam tylko rozpaczliwe wołanie swej duszy, aby i mnie śmierć zabrała ze sobą, bo oto mój ukochany leży zakopany głęboko pod ziemią - martwy. Byłam wówczas bezsilna, opętana jakby agonią i myślałam tylko o tym, jakby spotkać się z umarłym narzeczonym. Jednak w mojej pamięci został też obraz jak wszyscy razem siedzimy przy stole: ja, Jane, William oraz Zacharias. W grobowej ciszy jedliśmy posiłek, a ja siedziałam dla towarzystwa, aby podtrzymać jeszcze odrobinę życia, jakie wtedy miałam.
  Zachwiałam się; nogi miałam jak z waty, jednak w pomieszczeniu nie było żadnych krzeseł, na którym mogłabym usiąść.
- Isabella, wszystko w porządku? - zapytał delikatnym głosem, jakby naprawdę się mną przejmował. Kiwnęłam słabo głową, a dłonią zaczęłam masować skronie. Will od razu zorientował się, że coś jest nie tak.
- Chyba nie powinienem poruszać tego tematu. Usiądź na stole - rozkazał, więc posłusznie zrobiłam to co chciał. Posunęłam papiery na środek stołu i usiadłam. - Zadzwonię do Jane.
- Nie! - zareagowałam szybko. Nie chciałam aby wspominał komukolwiek to co się dzisiaj wydarzyło, a tym bardziej mój sekret. - Mogę cię o coś prosić? - dodałam po chwili, trochę zmieszana czy powinnam go prosić o dyskrecję.
- Jasne.
- To co się dzisiaj wydarzyło, mógłbyś nikomu o tym nie mówić? - bałam się, że odmówi.
- Oczywiście. Zresztą Zacharias mnie już przed tym ostrzegł.
  Zmrużyłam oczy. Znów o nim wspomina. Co ich łączy? Jakaś specjalna więź, że ponownie wraca do niego myślami.
- Znowu on? Co cię z nim łączy?
- Nic - wzruszył ramionami myśląc, że ustąpię i nie będę gnębić go dalej na temat Zachariasa. Mimo wszystko postanowiłam nie dać za wygraną i zapytać ponownie.
- Gdybyś nie miał z nim nic wspólnego, to nie wspominałbyś go cały czas. No więc?
  Znów podrapał tył głowy. Jednak ma coś na sumieniu i chyba to nie jest jedno małe przewinienie!
- Trochę z nim rozmawiałem po śmierci twojego narzeczonego. Powiedział mi coś nie coś. No wiesz, wtedy wszyscy byliśmy rozbici. Jane ciągle czuwała nad tobą, bo bała się, że zrobisz sobie krzywdę. Tymczasem ja zaprzyjaźniłem się z nim i tak jakoś wciągnął mnie w wasze sprawy. - wywrócił oczami jak gdyby miał już dość tego przesłuchania, które ja nawet nie zaczęłam.
  Westchnęłam. Próbowałam doszukiwać się jakiś głębszych znaczeń jego słów, gdyż od początku nie ufałam mu zbyt bardzo, ale w tym momencie widocznie musiał mieć rację. Spojrzałam na stos papierów leżących obok mnie. Niekiedy William potrafił robić spory bałagan, wtedy zazwyczaj Jane po nim sprzątała. Objęłam wzrokiem kartki i zobaczyłam jego niedbałe pismo, trochę pochylone w prawo. Jednak jedna kartka od razu rzuciła mi się w oczy. Była lekko beżowa i miała piękne, pochyłe pismo - dotychczas należące tylko do jednej znanej mi osoby, która mogłaby tak pisać - do Zachariasa. Moje źrenice rozszerzyły się, jakbym dostała dożylną dawkę adrenaliny. William uważnie przyjrzał mi się przez chwilkę i jakby odszyfrował moje myśli biegnące ku kartce. W zasadzie to nie była kartka, lecz koperta. Will zawahał się na sekundę, ale zareagował szybko.
- Posprzątam te papiery. - rzucił i natychmiast zaczął je segregować, wrzucając kopertę pod stos papierów. Zgubiłam ją, choć cały czas moje myśli wędrowały koło tej tajemniczej koperty. Co mogło znajdować się w środku? Czy to możliwe, aby William krył jakąś ponurą tajemnicę? To wydaje się prawdopodobne, ponieważ tak na prawdę nie znam go zbyt dobrze. Jane tuż przed wypadkiem Jerónima przedstawiła nas sobie. Skąd jest i jakie ma prawdziwe zamiary - myślę, że nawet Jane tego nie wie. Jest zakochana w nim po uszy i nie zwraca uwagi na jego wady czy jakieś sekrety.
  Po chwili jakaś służąca weszła do altany, trochę speszona, widząc nas oboje w tej dziwnej sytuacji. Ja siedzę na stole, a William stał obok mnie i pochylał się nad papierami. Poczułam się trochę niezręcznie, więc również stanęłam.
- Um...Przepraszam - zaczęła. - Przyjechała furgonetka ze sprzętami AGD. Potrzebny jest pański podpis.
  Dziewczyna nie patrzyła na nas, cały czas odwracała wzrok to na bok, to na podłogę. W dłoniach miętoliła biały fartuszek. Will pokiwał głową, wyprostował się i zanim odszedł za służącą - spojrzał się na mnie wymownie jakby widział moje myśli czarno na białym.
  Kiedy zostałam sama, odczekałam minutę, aby upewnić się, że nagle nie wróci. Spojrzałam się na stos papierów i zaczęłam je kolejno wertować, aby odnaleźć beżową kopertę. Z drżącymi dłońmi wyjęłam ją z samego spodu kartek i odwróciłam na stronę, gdzie napisany był adres odbiorcy. Z pięknego, pochyłego pisma odczytałam: "William Howard". Później wyciągnęłam kartkę, która również miała kolor beżowy, i zaczęłam czytać:

Austin powoli dowiaduje się wszystkiego. 
Trzeba temu zapobiec.
Kemble St 52/93

  Poczułam jak ściska mi się żołądek, a serce znacznie szybciej bije. Wnet pojęłam, że adres napisany przez Zachariasa należy do Austina. Nowe pytania zaczynały kłębić się w umyśle, lecz tylko niektóre i całkiem wyraźnie zaczęły się formować i stawiać kolejne znaki zapytania bez odpowiedzi. Przypomniałam sobie list Jerónima, w którym napisał: "Myślę, że to co spotkało Michaela ma jakiś związek z Austinem". Nagle przebiegły mnie ciarki. W głowie zaczynałam już układać niektóre fragmenty układanki, jednak nie byłam do końca pewna czy to co zaczynam odkrywać jest w rzeczywistości prawdą. 
  Zacharias z pewnością ukrywa coś o śmierci zarówno Michaela jak i Jerónima. Sądzę, że William jest "chłopcem na posyłki" i robi to co każe mu Zacharias. Po ponownym przeczytaniu tej wiadomości odniosłam wrażenie, że Austin może znać całą prawdę dotyczącą mojego zmarłego narzeczonego. Co odkrył Jerónimo, że przypłacił to najwyższą ceną - swoim życiem? W oczach zebrały się łzy. Miałam już totalny mętlik, jednak muszę odkryć tą prawdę. 
  Do altany wszedł Will. Po moich policzkach popłynęły łzy. Widząc, że trzymam w dłoni wiadomość, którą bardzo chciał ukryć - rozzłościł się. Zmarszczył brwi, szybko do mnie podchodząc. Wyrwał kartkę i zgniótł ją w dłoni. 
- Dlaczego szperasz w cudzych rzeczach! 
- Will, powiedz mi prawdę - powiedziałam łagodnym głosem, ocierając łzy z policzków. Wciąż miałam nadzieję, że nie ma z tym nic wspólnego. To co przeczytałam było tylko moim własnym wymysłem, aby zrzucić na kogoś winę śmierci Jerónima - tak właśnie chciałam myśleć. Ale nie wierzyłam już w nic. Chciałam tylko jednego. Aby w końcu dotarło do mnie, że nie mogę już nikomu ufać. 
  Spojrzał na mnie, puszczając swoją złość w niepamięć. Doskonale wiedział o co chcę go zapytać, jednak jego wyraz twarzy wciąż pozostawał taki sam. Może w oczach dostrzegłam jakieś przebłyski współczucia albo poczucia winy - nie wiem. Wydawał mi się jak skała, nie widziałam u niego żadnych uczuć.
- Powiedz mi, proszę. Czy masz jakiś związek ze śmiercią Jerónima albo Michaela? - przełknęłam w końcu gulę rozpaczy i powiedziałam to co powinnam była powiedzieć już dawno. Will spuścił wzrok na kartkę, a później z powrotem zajrzał mi głęboko w oczy. Staliśmy tak milcząc, aż w końcu moje serce wylało wszelkie smutki i agonię, która wciąż, chociaż nie zdawałam sobie z niej sprawy, tkwiła wewnątrz mnie.