13 października 2014

Odcienie różu

 Rozdział 11
  Nie mogłam zasnąć poprzedniej nocy. Byłam tak bardzo rozkojarzona, że nie zdołałam ani na chwilę zmrużyć oka. Ciągle myślałam o tym co wydarzyło się w poniedziałek. W końcu skończyłam na tym, że głodna poszłam zapolować na jakieś zwierzę. Gdy wracałam do domu Howarda, niebo przybrało pomarańczowej barwy. Spojrzałam w górę, dostrzegając białe obłoki przypominające płatki kwiatów.
  Tak wiele zmieniło się od dnia, w którym dowiedziałam się o wypadku Jerónima.Wszystko wywróciło się o trzysta sześćdziesiąt stopni. Wtedy nawet moje życie straciło sens. Ale teraz jest całkowicie inaczej. Przeprowadziłam się z Jane do Londynu, gdzie Jerónimo studiował prawo i mieszkał przez rok od czasu przeniesienia z Madrytu. Na początku chciałam rozpocząć nowe życie, zapomnieć o czterech latach spędzonych na bezgranicznej miłości do mężczyzny, który już nie żyje, jednak wspomnienia oraz głęboko drzemiące uczucia znów zaczynały powracać i wirować jak obrazki w kalejdoskopie. Nie mogłam już dłużej udawać silną, bo taką przestałam być już dawno. Muszę stawić czoło wszystkim swoim przeciwnościom oraz pogodzić się z wydarzeniami z ostatniego roku. Tylko dlaczego akurat teraz, kiedy jeszcze mam mętlik w głowie, musiałam dostać list od Jerónima?
  To wszystko stawało się coraz bardziej niejasne, zagmatwane samo w sobie i jeszcze więcej nasuwało mi pytań bez odpowiedzi.
  Co powinnam zrobić w związku z listem i książką? Czy w ogóle powinnam przeprowadzać się do Londynu wiedząc, że przez rok mieszkał i studiował tutaj mój zmarły narzeczony?
  Otworzyłam drzwi z narastającym niepokojem. Głęboko westchnęłam i przeczesałam dłonią włosy, chcąc odgonić myśli, które wciąż się kłębiły i nie dawały mi spokoju choćby na małą chwilę. W kuchni siedział William, pogrążony czytaniem porannej gazety. Zaskoczył mnie, ponieważ myślałam, że dawno wyszedł do pracy razem z Jane.
- Co ty tutaj robisz?
- Mam dzisiaj wolne. - odparł Will, przewracając jedną stronę gazety.
- To chyba rzadko spotykane, że siedzisz tu tak beztrosko.
  Nastawiłam wodę na herbatę i usiadłam na przeciwko Willa. Aby mieszkać z kuzynką muszę zachowywać się jak człowiek, ponieważ jeszcze nie powiedziałam jej o swojej naturze wampira. Oprócz Zachariasa tak naprawdę nikt nie wie, że nie jestem człowiekiem. Picie herbaty nie jest zagrożeniem dla wampira, ale jedzenie już tak. Gdy wampir zje jakiś posiłek albo umrze albo będzie musiał go zwrócić zanim jego żołądek zacznie przetwarzać pokarm. 
  Spojrzał znad gazety, po czym hałaśliwie ją złożył.
- Resztę tygodnia mam wolne, ponieważ obiecałem Jane, że pomogę ci w sprzątaniu tej wielkiej, mrocznej posiadłości.
- Nie musisz się nade mną litować, bo tak kazała ci Jane. - odgryzłam się.
- Wcale się nad tobą nie lituję.
- Oczywiście! - krzyknęłam poirytowana. Tak na prawdę William próbuje być dla mnie miły, aby kuzynka nie rozmyśliła się nad zerwaniem zaręczyn i aby myślała, że ja i Will świetnie się dogadujemy. Rzeczywistość jednak jest bardziej okrutna, bo nigdy nie zaakceptuję Williama nawet jako kolegę.
  Woda w czajniku zaczęła się już gotować, wydając długi, piskliwy dźwięk. Wstałam i wyłączyłam czajnik, a następnie nalałam wodę do kubka.William był dziwnym mężczyzną. Nie był zabawny, a gdy się śmiał to tylko z grzeczności i w obecności Jane. Nie umiem do końca wyjaśnić dlaczego moja kuzynka zamierza go poślubić, to jest właśnie jej  jeden z sekretów, o które nie wiadomo ile razy będę pytać i tak się nie dowiem prawdy.
- Nie wiem o co ci tym razem chodzi. Nie wchodzę ci w drogę ani nie próbuję zmusić cię do powiedzenia dlaczego tak bardzo wczoraj płakałaś. Nie chcę być dla ciebie niemiłym, ale za każdym razem zmuszasz mnie do tego. - lekko podniósł ton, był zirytowany, podobnie jak ja. Usiadłam naprzeciw niego i spojrzałam surowo.William denerwował mnie już od dawna, a zawsze gdy z nim rozmawiam kończy się to kłótnią. Tak było i tym razem.
- To co się wydarzyło przed uczelnią to nie jest sprawa do dyskusji. Powiedziałam Jane o liście. W ogóle o wszystkim jej mówię, bo przecież jest moją kuzynką. -zaczęłam nerwowo gestykulować i ściągnęłam brwi, wiedząc, że skłamałam. Nie powiedziałam kuzynce dlaczego szukam Austina ani że spotkałam Teodora. Jednak nie chciałam aby William dowiedział się o moim kłamstwie, więc szybko pociągnęłam łyk herbaty.
- Nie udawaj teraz niewiniątka, Is. Wiem, że ten list bardzo tobą wstrząsnął.
- Posłuchaj mnie, William. - mój głos zrobił się ostry jak brzytwa. Pora zakończyć tą rozmowę, bo coraz bardziej myślałam o Jerónimie i o sprawach, o których chciałam na chwilę zapomnieć. - Nie wtrącaj się w nie swoje sprawy. A co do Jane, to przestań się z nią kłócić o tą pracę, albo...
  William zmrużył oczy, jakby trochę się przestraszył i poczuł bezradny wobec mnie. Chciałam jakoś przemówić mu do rozsądku, ponieważ nawet Jane jest wyczerpana kłótnią z Willem o swojej pracy.
- Albo co? - wtrącił. Chwilę później oparł się łokciami o blat stołu i spojrzał na mnie z ciekawością. W cale już nie wyglądał na speszonego, wręcz tym spojrzeniem był natrętny aż przyprawił mnie o mdłości.
- Albo powiem coś, czego będziesz żałował. - powiedziałam gniewnie. - Jane bardzo cieszyła się, gdy dostała pracę. Musisz psuć jej marzenia? - miałam dosyć tej rozmowy, więc zostawiłam herbatę i bez słowa wyszłam z domu. Ależ on działa mi na nerwy! Zawsze jak próbuję z nim porozmawiać na swobodnie, on wytrąca mnie z równowagi, a wtedy tracę kontrolę nad swoimi emocjami i daje się im ponieść.
  Szłam do Londynu pieszo, dając moim uczuciom upust. Postanowiłam znaleźć w końcu Austina i wyjaśnić z nim kilka spraw, które ciągle zadają mi co rusz nowe pytania. Chciałabym dowiedzieć się co stało się tamtego roku, wyjaśnić jakoś swoje wątpliwości, a nawet to, że Teodore jest strasznie podobny do Jerónima. I gdyby nie fakt, że mój narzeczony nie żyje, pewnie uznałabym, że nadal studiuje w Londynie.
  Czekałam przed drzwiami pracowni plastycznej. Nagle rozległ się cichy, długi dzwonek, oznaczający przerwę. Studenci zaczynali kolejno wychodzić, przypominając długi sznur mrówek. W końcu sala była już pusta, a przy biurku zwróconym do ustawionych w trzy rzędy stolików, siedział Austin Avenue.
  Serce podskoczyło mi, gdy nasze oczy spotkały się. Był taki jak opowiadał mi Jerónimo. Wysoki, szczupły i przystojny. Brązowe włosy, biegnące od przedziałka w lewą stronę, zakrywające wysokie czoło. Gęste brwi oraz prosty nos. Dokładnie taki sam jak go opisał cztery lata temu, a wydawałoby się, że wczoraj.
- W czym mogę Pani pomóc? - powiedział życzliwie. Zacisnęłam pięści, ponieważ w oczach zbierały mi się łzy. Miałam tyle pytań, że nie wiedziałam od czego zacząć.
- Austin Avenue? - zapytałam cicho, prawie szlochając. Przypomniałam sobie jak Jerónimo otulał mnie swoimi ramionami i szeptał czułe słówka do ucha. Pamiętam jak energicznie opowiadał mi o uczelni, profesorach i o nowym przyjacielu, którego poznał zupełnie przypadkowo. To wszystko mignęło mi przed oczyma, a ja próbowałam nie wybuchnąć płaczem. Próbowałam być silna, chociaż na taką przestałam już wyglądać.
- Tak. - uśmiechnął się. Był to uśmiech promienny, taki, który obdarowuje drugą osobę radością bez żadnego konkretnego powodu. Po policzku popłynęła mi łza.
- Czy my się znamy? - zapytał, a ja przytaknęłam, zaciskając usta.
- Jestem Isabella Laureano. - rzekłam tak cicho, że prawie w ogóle mógł mnie nie usłyszeć, a jednak usłyszał. Wybałuszył oczy i otworzył buzię. Tak bardzo był zaskoczony, że nic nie mógł z siebie wydusić. Uśmiechnęłam się słabo, aby dodać mu otuchy, ale szybko odniosłam wrażenie, że uśmiechając się do niego w ten sposób wyglądam strasznie niczym wiedźma z trzema zębami. 
- Isabella? - powtórzył moje imię, aby przekonać samego siebie, że stoję przed nim. Nadal nie mógł w to uwierzyć. Podobnie jak ja o nim, tak i Austin słyszał o mnie z opowiadań Jerónima. - Co cię tutaj sprowadza?
- Chciałam porozmawiać.
- Jestem zaskoczony tą nagłą wizytą. - głęboko westchnął, jednocześnie uniósł brwi, pocierając dłonią tył głowy. - Mam teraz wolną godzinę, więc na spokojnie możemy porozmawiać w bibliotece.
  Spojrzał na mnie. Widziałam w jego brązowych oczach swoje odbicie. On wie - pomyślałam. Wie o wszystkim co się wydarzyło rok temu.

  Usiedliśmy naprzeciw siebie w fioletowych fotelach przy małym, prostokątnym stoliku w bibliotece. Pomieszczenie było duże, miało dwa piętra. Na samym końcu biblioteki, na parterze, było wyznaczone miejsce do spotkań i przesiadywania w tak cichym miejscu jak to. Resztę zajmowały wysokie regały z książkami. Na drugim piętrze były tylko rzędy regałów, a z sufitu wisiały wielkie, kryształowe żyrandole, odbijające światło z zewnątrz, wpadające przez ogromne okna. Rozciągały się one na całej długości ściany i miały wysokość do drugiego piętra. Cały wystrój biblioteki zapierałby dech w piersiach, gdyby nie ten zapach nowości pomieszany ze starymi, zniszczonymi książkami.
  Patrzyliśmy na siebie przez chwilę w milczeniu, po czym Austin odezwał się pierwszy, przerywając wiszącą  między nami ciszę.
- Przykro mi z powodu tego co się stało. Byłaś jego najbliższą osobą. Bardzo przeżyłaś ten wypadek, ale o czym chcesz ze mną rozmawiać? - na początku dostrzegałam w jego twarzy zmartwienie i współczucie, jednak później jego ton wydawał mi się nieco zdenerwowany. Nie wymówił jego imienia, ale nie chciałam pytać się dlaczego. Miał swoje własne powody, jednak jego zdenerwowanie było dla mnie zupełnie niejasne. Gdy tak patrzyłam na niego przez dłuższą chwilę zdałam sobie sprawę, że Austin jest nerwowy z powodu mojej obecności, a wymawianie imienia zmarłego jest dla niego bolesne przez napływające wspomnienia. Podobnie było ze mną kilka miesięcy temu. Nadal nie mogę zaakceptować tej tragedii, nagłej i niespodziewanej niczym silny podmuch wiatru strącający najważniejszy pionek w szachownicy. Nagle przypomniały mi się słowa Zachariasa: "Musisz go zabić! Wie więcej niż powinien, dlatego musi zginąć".
- Dlaczego Zacharias chce twojej śmierci? - zapytałam prosto z mostu, zamiast zapytać się o narzeczonego. Widziałam jak lekko się wzdryga. Dla ludzkiego oka mogłoby to być zupełnie niezauważalne, jednakże dla mnie było to bardzo wyraźne, mimo iż trwało to mniej niż sekundę. Wampir ma bardziej wyczulone wszystkie zmysły niż człowiek, ale kiedy je wyostrza zależy tylko i wyłącznie od niego. Uwrażliwia dany zmysł w tedy gdy jest coś interesującego do zobaczenia albo usłyszenia.
-Och... - westchnął przeciągle, żeby mieć troszkę dłuższą chwilę na zastanowienie się nad odpowiedzią. Potarł dłonią tył głowy, a wzrok utkwił w jednym z wielkich okien tuż za mną.
- Ten powód jest związany ze śmiercią Jerónima?
  Znów westchnął przeciągle jakby był już tym wszystkim zmęczony. Zapewne wie coś, co albo pogrążałoby Zachariasa albo po prostu się boi. Spojrzał na mnie przenikliwie. Odniosłam wrażenie, że chce mi przekazać wszystko za pomocą myśli bez wypowiadania jakichkolwiek słów, ale nie chciałam złamać swojej zasady mówiącej, że nie będę czytać w myślach ludzi. Z trudem powstrzymałam się od tego. W jego oczach dostrzegłam strach i współczucie.
- Na prawdę chcesz wiedzieć co wydarzyło się tego dnia, w którym zginął Jerónimo? - imię mojego zmarłego narzeczonego zabrzmiało jak pełne bólu wspomnienie, mimo to przytaknęłam. - Nie wiesz o co prosisz, Is. Sam dokładnie nie wiem co się stało. Ale jeśli chcesz porozmawiać o Jerónimie to nie teraz i nie tutaj. - mówił ściszonym głosem jakby obawiał się, że ktoś go usłyszy. Momentalnie poczułam na plecach przebiegające ciarki i wzdrygnęłam się. Tajemnica jego śmierci tak naprawdę musi być mroczna, skoro Austin boi się o nim ze mną porozmawiać. Coś nadal jest tutaj nie tak jak powinno być. Zastanowiłam się przez moment i doszłam do wniosku, że powinnam powiedzieć mu o liście.Chociaż ten jeden fragment układanki powinien wiedzieć już teraz.
- Dostałam list adresowany przez Jerónima. - również powiedziałam cicho. Austin zamknął na chwilę oczy,a dla mnie trwało to wieczność. Nie wiedziałam co myśleć o jego zachowaniu, więc postanowiłam na razie siedzieć cicho i wpatrywać się w niego. W końcu wstał i wyciągnął z kieszeni chusteczkę. Długopis wyjął z marynarki i szybko coś nabazgrał. Następnie podał mi chusteczkę i ruszył w kierunku drzwi. Spojrzałam na zapisaną informację:

 Kemble St 52/93
Czwartek, godz. 19:00

 Był to adres Austina i ustalona przez niego data spotkania. Zdziwiona i trochę tym zmieszana, spojrzałam na drzwi od biblioteki wychodzące na długi korytarz. Nagle otworzyły się, a w progu stanął Teodore, śmiejący się z żartu kolegi. Obaj weszli do ogromnej sali, jednak Teodore zatrzymał się, kiedy nawiązaliśmy kontakt wzrokowy.
  I nagle coś we mnie pękło. Nigdy nie czułam tego dziwnie bijącego serca, oprócz chwil spędzanych z Jerónimem. Serce, które od ponad roku przestało bić, znów zaczęło domagać się wolności przez coraz szybsze uderzenia. Poczułam jak zalewa mnie fala gorąca, wypełniająca mnie całą od środka. Przestałam myśleć racjonalnie, a dłonie lekko zaczęły drgać, jakby przypłynęła adrenalina. Patrząc na jego oczy, mimo dużej odległości, mogłam dostrzec w nich ten sam ogień rozpalający duszę, który znajdował się teraz we mnie. Dziwne, lecz nader namiętne uczucie zaczęło między nami kiełkować. Nawet nie zauważyłam kiedy to się stało, ale pragnęłam nadal patrzeć mu w oczy. Swoimi dwoma szaro-niebieskimi ognikami zaczął przyciągać mnie jak magnes. A ja słaba, nie mogłam nic na to poradzić.
  Ruszyłam ku niemu. On powiedział coś szeptem koledze, który później ruszył w lewo i zniknął w regałach książek. Teraz byliśmy tylko we dwoje, zupełnie jak kochankowie. Teodore miał na sobie granatową koszulę w kratkę i mimo iż jego włosy były zaczesane do tyłu to nadal był tak bardzo przystojny, że aż niektóre dziewczyny mogłyby paść na zawał.
- Myślałem, że już cię nie spotkam. - zaśmiał się, ukazując rząd białych zębów, kiedy stanęłam przed nim. Myśli czy Austin widział Teo odeszły w niepamięć. Teraz i wyłącznie w moich myślach był słodki uśmiech Teodora, który emanował jakąś dziwną różową poświatą. 
- Tak? A to dlaczego? - odwzajemniłam uśmiech.  
- Ponieważ nie jesteś studentką. - odparł. - Czekaj, to znaczy, że jesteś ode mnie starsza?
- Nie. - wybuchłam śmiechem. - Zresztą nie pyta się o wiek.
  Posłałam mu groźne spojrzenie, jednak szybko znów się roześmialiśmy. Kolega, który wcześniej zanurzył się w świat książek, teraz wyszedł trzymając aż trzy grube egzemplarze i doszedł do bibliotekarki. Ogarnęło mnie dziwne uczucie. Intuicja podpowiadała mi, że Teo zaraz odejdzie na zajęcia. Chciałam do tego nie dopuścić. Dlatego kiedy się powoli odwracał w kierunku kolegi, pociągnęłam za rękaw jego koszuli. Spojrzał na mnie zaskoczony. Na twarzy zrobiłam się czerwona jak malina, a serce strasznie szybko biło. Nie przemyślałam dokładnie swoich działań, tylko pod wpływem impulsu chciałam, żeby został przy mnie na dłużej. Nie miałam w tym żadnych ukrytych motywów, ale patrząc mu prosto w oczy, po raz kolejny poczułam jakby był Jerónimem.
- Coś się stało? - zapytał zatroskany, kiedy ja byłam myślami daleko stąd.
- Yyy... Tak... To znaczy nie. Nic się nie stało. - zaczęłam się jąkać. Nie mogłam opanować swoich własnych uczuć. Świat wirował, a ja stałam przed Teodorem, nadal trzymając go za rękaw koszuli. Nawet nie zdałam sobie sprawy z tej głupiej sytuacji. W końcu puściłam jego rękaw, a dłoń powoli opadła w dół.
- Chciałbyś może się jeszcze spotkać? - wybełkotałam po dłuższej chwili zastanowienia. Ta sytuacja trochę przypominała mi czasy, kiedy rywalizowałam z Cynthią o Jerónima.
- Mam taką nadzieję.
Znów policzki nabrały malinowego koloru. Jego kąciki ust delikatnie podniosły się.
- A co powiesz na kawę?
- Jasne. Może jutro o szesnastej? - czułam na sobie świdrujący wzrok kolegi Teodora. W tym momencie nie obchodzi mnie zdanie Cynthii, ponieważ działam pod wpływem impulsu, zupełnie jakby wystrzelono w moją stronę strzałę miłości. - Niestety w środy tak późno kończę. Więc co ty na to?
- No to do środy. - razem rozpromieniliśmy się. Mężczyzna zawołał Teodora, aby już szli.
- Czekaj przed główną bramą. - powiedział na pożegnanie i puścił do mnie oko.
  Byłam tak szczęśliwa, że nie zauważyłam Cynthii, która przez ten cały czas przyglądała się badawczo z drugiego piętra. Cała w skowronkach odtwarzałam raz  po raz spotkanie z Teodorem i za każdym razem uśmiechałam się w duchu. Może pobyt w Londynie nie jest aż taki straszny jak przywoływanie wspomnień ze zmarłym narzeczonym.
  Telefon zaczął wibrować mi w kieszeni spodni. Wyciągnęłam go i spojrzałam na ekran wyświetlacza. Dzwonił William. Nacisnęłam zielony przycisk.
- Musimy się spotkać. Dojedziesz taksówką do swojej willi? - przeszedł od razu do ogółu, zamiast się wpierw przywitać. Wyczułam w jego głosie nutę sarkazmu.
- Tak.
- No to ruchy! - krzyknął do słuchawki. Mój niezwykle wrażliwy słuch odebrał to jako kilkakrotne głośne uderzenia w bęben.
- Nie krzycz.. - zaczęłam, ale rozłączył się. Will jak zawsze, potrafi zepsuć mi dobry humor. - A niech cię diabli! - cicho krzyknęłam.
  Tymczasem Cynthia zeszła po schodach, ciągle mi się przyglądając. Obdarzyła mnie gniewnym i pełnym nienawiści spojrzeniem, odrzucając swoje rude włosy do tyłu. Prychnęła gdy zamykała za sobą drzwi od biblioteki, a ja stałam jak wryta. Przez świadomość kłębiło mi się tyle myśli aż miałam lekki zawrót głowy. Po plecach przeszły mnie zimne dreszcze. Miałam deja vu. Zachowanie Cynthii przypomniało mi czasy, kiedy razem rywalizowałyśmy o Jerónima na madryckiej uczelni.