18 maja 2014

Nadmierna opiekuńczość

- No już! Puszczaj! - krzyknęła ochrypłym głosem prosto do mojego lewego ucha. Gdyby nie ci wszyscy ludzie, którzy właśnie się na nas spojrzeli, na pewno walnęłabym ją, aż poleciałaby na księżyc. Z taką głośną kuzynką to ogłuchnę w ciągu trzech lat, jeśli w ogóle dożyję do tego czasu. Automatycznie odepchnęłam ją na odległość, która nie przekracza długości mojej ręki i złapałam się za ucho. Przez Jane dziwnie dzwoniło mi w głowie.
- Chcesz żebym ogłuchła? - powiedziałam, robiąc przy tym minę szaleńca, który się mocno dziwi. Spojrzała na mnie swoimi niewinnymi oczyma, kręcąc głową. Chyba się tym przejęła.
- Oczywiście, że nie. - stanęła obok mnie. Obie nie spuszczałyśmy z siebie oczu, jakby któraś z nas nagle chciała zrobić coś drugiej. Ostrożnie objęła mnie w pasie. - A teraz, moja kochana, czeka na nas bałagan. - uśmiechnęła się miło, po czym zrobiła poważną minę. Zdążyłam tylko prychnąć na jej słowa, ponieważ popchnęła mnie w stronę schodów i gestem rozkazała wejść na górę.

  Kiedy skończyłyśmy sprzątać, powoli zaczęło się ściemniać. Zanim William podjechał pod bramę Uniwersytetu, czekałyśmy nudząc się dłuższą chwilę.
- Wiesz... - zaczęła, rozglądając się w poszukiwaniu czerwonego Land Rover. - Wiele razy próbowałam sobie wyobrazić jak bardzo cierpisz.
  Włożyła ręce do kieszeni jeansów, natarczywie dłubiąc butem ziemię. Spuściła wzrok, co jest u niej oznaką smutku oraz współczucia.
- Ja nigdy nie pogodziłabym się ze śmiercią tak bliskiej mi osoby. Musiałaś być... - przerwała, nie wiedząc jak określić to uczucie. Ten ów ból, który kilkakrotnie rozdarł mi serce na tysiąc małych kawałków.
- Żadne słowo nie opisze tego cierpienia. - odezwałam się w końcu, przerywając zamyślenie Jane.
- Tak. - kiwnęła głową. - Ale kiedyś trzeba zapomnieć o tym co się wydarzyło. Inaczej ból ciągle będzie przeszywał ci serce.
- Jane, nie ważne ile razy się podniesiesz i tak upadniesz. Więc jak mam się podnieść nie upadając po raz kolejny? - zapytałam wątpiąc we wszystko, co mogłoby sprawić mi radość lub zwykły uśmiech. Głos mi drżał, więc mogła wyczuć, że wciąż się boję.
- Nie da się nie upadać. Zamiast się zastanawiać, co robić by nie spaść, pomyśl jak się podnieść.
  Już chciałam nakrzyczeć na nią, że tak naprawdę nie stara mi się pomóc, że jej słowa są niczym w rzeczywistości. Kolejny raz rozkazuje mi zrobić coś, czego żaden człowiek nie jest w stanie zrobić.
- Chociaż może wydawać się to trudne,to nadal są osoby, które mogą ci w tym pomóc. - powiedziała, zmieniając moje zdanie o trzysta sześćdziesiąt stopni oraz wyrzucając wszelkie wątpliwości do kosza.
  Spojrzałam w dal. Miała rację. Są osoby, które mnie kochają i codziennie wspierają. Może ich nie zauważałam, ale zawsze stoją przy mnie. Wspierają mnie nawet wtedy, gdy nie mam racji. Nie wytykają mi błędów, lecz próbują zrozumieć i naprawić je razem ze mną. Po prostu nie widziałam tego. Nie chciałam zauważyć tych osób. Nie dałam sobie pomóc przez swoją upartość.
  Teraz Jane pokazała mi inne wyjście z problemu. Uważałam, że to niemożliwe - skończenie wszystkiego, ale właśnie po to przyjechałam do Londynu. Aby skończyć przeszłość i zacząć wszystko od nowa. Przeanalizować wszystkie swoje błędy, zastanowić się nad nimi, poprawić je i pójść dalej przed siebie.
  Przeniosłam wzrok na Jane, która z niecierpliwością wyczekiwała narzeczonego. Drobna, szczupła blondynka, która stara się przywrócić mi dawny uśmiech. Co ja bym bez niej zrobiła? - zapytałam siebie. W głębi serca wiedziałam, że bardzo jej potrzebuję.
  Jane odwróciła się i popatrzyła na mnie. Uśmiechnęłam się, mając w oczach łzy. Podeszłam do niej niepewna. Przytuliłam ją. Zdziwiła się moim zachowaniem, ale po chwili również mnie objęła. W tym czasie nadjechał czerwony Land Rover. Will zatrąbił dając nam do zrozumienia, że mamy już zaprzestać tych czułości. Obie spojrzałyśmy na Willa jak wiedźmy. Mając na twarzach groźne miny, William z trudem przełknął ślinę. Zaśmiałyśmy się. To było nawet zabawne, widzieć go jak się boi.
  Jane wsiadła z przodu i gestem nakazała, abym się pośpieszyła. Jeszcze mając podniesione kąciki ust do góry, złapałam pewnym ruchem klamkę i pociągnęłam ją do siebie.
  W tedy wszystko wokół mnie ucichło, nawet głośne wołanie Jane. Skupiłam się tylko na jednej rzeczy, usłyszenie tego delikatnego dźwięku.
  To Paganini Caprice no.24 ! 
  Zamknęłam z trzaskiem drzwi i mimowolnie odwróciłam się. Jane wysiadła z samochodu, a Wiliam tylko pokręcił głową. Wiem, że jest zniecierpliwiony, ale nic nie mogłam na to poradzić. Swoich instynktów nie mogę już zatrzymać. Dawno nie piłam krwi...
- Jedźcie beze mnie! - krzyknęłam, po czym  biegiem ruszyłam do Uniwersytetu.
  Obraz, który zaczęłam odbierać stał się nieco wyblakły. Wszystko wydawało się pulsujące, jakby widziane przez dużą lupę. Przebiegłam przez opuszczony hol, czując się jak uciekinier w nawiedzonym szpitalu. Niezgrabnie wodziłam palcami po ścianie. Dźwięk z każdym moim krokiem stawał się coraz bardziej wyraźny i głośniejszy.
  Wchodziłam po schodach, kiedy poczułam intensywny zapach imbiru, paczuli oraz kaszmiru. Zamknęłam oczy, zatrzymując się na parę sekund. Zaczęłam rozkoszować się magnetycznym zapachem, który od razu zawładnął moimi zmysłami.
  Nieodparta pokusa poniosła mnie na poddasze. Przestałam słyszeć już dźwięk skrzypiec, a zapach gdzieś się ulotnił. Czyżby mój instynkt zawiódł?
  Żądza krwi ustała. Zwolniło mi tętno i poczułam, że coś tu nie gra. Rozejrzałam się skołowana i stwierdziłam, że jest bardzo późno. Jane z pewnością znowu się o mnie martwi.
- Powinnam wracać. - powiedziałam na głos, aby przeszyć niezręczną ciszę, której podświadomie się bałam. W ciszy kryje się znacznie więcej niż wyobraźnia jest w stanie wykreować ponure i całkiem nieprawdopodobne wydarzenia.
   Było już po dziesiątej, kiedy weszłam do domu, udając zmęczoną. Jane od razu wybiegła mi na spotkanie, ale stanęła jak wryta, bo zobaczyła istnego ducha. Włosy miałam w całkowitym nieładzie, cera była blada, a usta lekko sine. Gdybym pomalowała oczy czarną kredką byłabym usposobieniem nawet samej śmierci.
- Gdzie byłaś? - spytała z troską, ale również można było usłyszeć złość.
- Musiałam coś załatwić. Przypomniało mi się akurat w ostatniej chwili. Wybacz.
  Ucięłam naszą rozmowę przeprosinami. Kuzynka przytaknęła głową w zrozumieniu.
- Czekałam na ciebie z kolacją. - poszłyśmy do kuchni, kiedy zdjęłam buty. - Zaraz zaparzę ci nowej herbaty, siadaj. - ręką wskazała na krzesło oraz uszykowane kanapki z sałatą i pomidorem. Posłusznie wykonałam jej rozkaz.
  W tym czasie po schodach, niechętnie szedł William. Miał minę obrażonego, ale nie trudno było się domyślić, że w głębi duszy dziękuje mi, że zostawiłam go samego z Jane. On chyba również musiał przemyśleć pewne sprawy. Usiadł z ciężkim westchnieniem naprzeciw mnie. Skrzyżował nogi i ręce, patrząc się na mnie natarczywie.
- I co się tak gapisz?
- Zastanawiam się jak ci to powiedzieć.
- Co takiego?
- Hmm... Znalazłem dla ciebie mieszkanie. - rzucił od niechcenia. Wiem, że jego serce cieszy się jak opętane tą wiadomością, jednak zachowuje pozory specjalnie dla mojej kuzynki.
- To wspaniale. - ucieszyłam się jak głupia, udając ton jego wypowiedzi, po czym uśmiechnęłam się.
- Taak... - znów westchnął ciężko. - Ale nie wiem czy tobie będzie odpowiadać. Ma bowiem jedną wadę.
- Jaką? - wtrąciła się Jane, stawiając gorącą herbatę na stole i siadając obok mnie. Zaczęłam dmuchać, żeby herbata szybciej wystygła.
- Znajduje się w lesie.  - zabrzmiało to tak, jakby traktował mnie jak obcego, który właśnie wtargnął na jego terytorium.
- Więc kiedy mogę się wprowadzić? - zupełnie nie dotarły do mnie słowa Willa. Wręcz przeciwnie, zignorowałam je.
- Kiedy chcesz. - wzruszył ramionami. - Kuchnia i łazienka są umeblowane, ale brakuje łóżka, szafy i wiele innych potrzebnych ci mebli. Jeżeli zgodziłabyś się na zamieszkanie tam, to umeblowaniem zająłbym się od razu.
- To świetnie. - krzyknęła entuzjastycznie Jane. - W końcu będziesz miała własny kąt w Londynie. - poklepała mnie po ramieniu, aby dodać mi otuchy. Nie zauważyła, że słowa Willa na temat położenia domu puściłam mimo uszu.
- Oczywiście, że tak. - przyznałam jej rację. Z powrotem skierowałam się do Willa. - Ale najpierw muszę obejrzeć mieszkanie, a dopiero później możesz zapłacić za meble. - uśmiechnęłam się najszerzej jak potrafiłam, nie pokazując zębów. - Jestem ci bardzo wdzięczna, że tak bardzo starasz się mi pomóc.
- To mój obowiązek. - burknął, a Jane i ja roześmiałyśmy się.
  William zrobił minę urażonego. Myślał, że się przesłyszał, kiedy wspomniałam o sfinansowaniu mi umeblowania wnętrza domu, ale tak czy owak musiałby to zrobić. W końcu jest zaręczony z Jane, a ona nie tak łatwo się poddaje.
- A! Zapomniałem. - wrzasnął. - Dzwonił Zacharias. - przytaknął.
- I co chciał? - zapytałam, chociaż i tak znałam już odpowiedź.
- Abyś do niego zadzwoniła. Mówił, że przyjeżdża do Londynu, bo czuje się samotnie będąc w Madrycie. - zacytował słowa Zachariasa. Ugryzł jedną kanapkę, przygotowaną przez kuzynkę specjalnie dla mnie. Głośno przełknął kęs i wstał. - Ale ten świat mały, a kanapka zrobiona przez moje słońce jest najpyszniejsza!
  I zniknął w sypialni na parterze. Jane rozmarzyła się, ale szybko oprzytomniała i poszła za nim. Zostałam tylko ja z nadgryzioną kanapką i wciąż gorącą herbatą. 
  Następnego ranka, narzeczeni siedzieli już w kuchni i popijając herbatę, ukradkiem rzucali sobie słodkie spojrzenia. Przetarłam oczy dłonią, aby pozbyć się tego obrzydliwego wzroku. Jeszcze chwila patrzenia na nich, a chyba musiałabym uciekać z powrotem do Madrytu!
- Dzień dobry! - rzuciła radośnie Jane, ciągle wpatrując się w oczy Willa. Powoli na ich widok robiło mi się nie dobrze, dlatego szybko zrobiłam sobie herbatę i usiadłam jak najdalej od Jane.
- Więc kiedy idziesz obejrzeć dom? - zapytał się niespodziewanie, wyrywając mnie z transu jakim było dmuchanie w zbyt gorącą herbatę.
  Podniosłam głowę, lekko zaskoczona.
- Może być dzisiaj. Nie mam zbyt dużo do roboty, a im szybciej kupię dom, tym szybciej będziecie mogli rozkoszować się życiem jako narzeczeni. - uśmiechnęłam się jakbym mówiła do głupca, po czym wróciłam do dmuchania.
- To świetnie. - znów ucieszyła się kuzynka. - Będziesz mogła zacząć nowe życie.
- I w końcu odżyjesz. - wtrącił się Will.
- Taaa... - głęboko westchnęłam, wyraźnie zmęczona ich miłym zachowaniem, szczególnie Williama.
- Dzwoniłaś do Zachariasa?
- Nie. - powiedziałam stanowczo. Byłam zbyt zmęczona, aby zrobić to wczoraj wieczorem.
- A powinnaś. Wydaje mi się, że chyba chce przylecieć dzisiaj.
  Spojrzałam się na wyraz twarzy narzeczonego mojej kuzynki. Dostrzegłam mały cień kpiny, która nie do końca przykryła jednak oznaki współczucia. Czy William wie o czymś, o czym ja nie mam pojęcia? - pokręciłam przecząco głową. - Niby o czym nie wiem?! 
- Zadzwonię do niego, kiedy obejrzymy dom. - zasugerowałam, wypijając za jednym razem cały kubek herbaty.