16 marca 2014

Odwrót

 Kiedy miałam zamknięte oczy, wydawało mi się, że do płonącego pokoju, w którym opadam już z sił, wchodzi Jane. Jest cała i zdrowa, a płomienie jej nie tknęły. Poczułam się w tedy dziwnie spokojna. To coś, jakby ona była ważniejsza ode mnie. To coś, czego jeszcze do końca nie rozumiem. 
   Uczucie wbijanych igieł powoli znikało. Ciężkie powieki nie chciały się unieść, bo nadal zbierałam w sobie siły. Delikatne kroki powoli zaczęły burzyć sen. Kiedy Jane odsłoniła okno, promienie padające wprost na mnie prawie wybudziły mnie z drzemki, jednak nie chciałam dać jej za wygraną. Wydałam z siebie głośny pomruk i przekręciłam się na drugą stronę tak, aby słońce nie raziło mnie w twarz. 
- Wstawaj śpiochu. - zachichotała Jane. Usiadła na brzegu łóżka, gładząc dłonią pościel. Znów mruknęłam coś pod nosem. Przeciągnęłam się i bardziej naciągnęłam na siebie pościel. Jane zmarszczyła brwi, uśmiechając się. - No co jest? Aż tak bardzo nie chce ci się wstać? 
  Pochyliła się nade mną tak, aż czułam na czole jej wydech. Chciałam zrobić jej psikusa, dlatego przekręciłam się w drugą stronę, wyciągnęłam ku niej ręce i lekko popchnęłam do tyłu. Roześmiała się, upadając na pościel plecami. 
- Hej! - krzyknęła, kiedy się podnosiła. Pokręciła głową z uznaniem i zaczęła ściągać ze mnie pościel. W ostatniej chwili złapałam za drugi koniec i pociągnęłam w swoją stronę, a Jane poleciała na mnie. 
- Ałł! - powiedziałam gniewnie, gdy we mnie uderzyła. - Ile ty ważysz? 
  Otworzyłam oczy, śmiejąc się. 
  Wszystko nabierało barw tęczy. W tym momencie moja kuzynka promieniała. Byłyśmy szczęśliwe. Nic więcej oprócz śmiechu nam nie brakowało. Zdałam sobie sprawę, że ta chwila jest wyjątkowa. Od śmierci mojego narzeczonego bardzo się zmieniłam. Również sprawy z Zachariasem zaszły za daleko. Obietnicę, którą złożyłam Jerónimowi, przestała już mnie dawno zobowiązywać. Tak jak w tamtej chwili, tak jak i w tej wszystko się zmieniło. 
  Spuściłam wzrok, a uśmiech powoli znikał mi z twarzy. Radość, która całkiem niedawno wypełniała moją duszę, przestawała istnieć. Wkrótce zupełnie znikła. Znów zostało serce, przepełnione ogromnym bólem po Jego stracie. 
  Jane szybko zauważyła zmianę mojego nastroju. Wstała, nie pytając o nic. 
- Wstawaj na śniadanie. - powiedziała sucho i wyszła z pokoju. 
  Zupełnie nieświadoma wczorajszego dnia, poszłam do łazienki ogarnąć włosy, umyć zęby i ubrać się w niebieską bluzkę, jeansy oraz założyć czarne baletki. Zmrużyłam oczy przyglądając się swojemu odbiciu w lustrze. Jak dotarłam tutaj wczoraj? Co wydarzyło się po tym, jak mężczyzna zaatakował mnie? Nie mogłam sobie nic przypomnieć. Zdezorientowana, wyszłam z łazienki. Spytam się o to Willa przy najbliższej okazji.
  Już idąc po schodach czułam tą dziwną atmosferę, zawieszoną od momentu,w którym przestałam się śmiać. Kuzynka nie zwracała na mnie uwagi, krzątając się po kuchni i stawiając na stole warzywa. Usiadłam na przeciwko niej i zaczęłam smarować kanapki. Chciałam zmylić pozory, zresztą jak zawsze. Bo przecież wampiry nie muszą jeść kanapek ani pić herbaty. Wszystko czego potrzebują to jedynie ludzkiej krwi. Ale żeby nie wzbudzać w nich jakichkolwiek podejrzeń, robię to co zwykle robią ludzie, czyli jem śniadanie.
- Coś się stało? - w moim głosie czaiła się dobrze wyczuwalna niepewność. 
- Nie. - usłyszałam cichy pomruk. 
- Gdzie jest Will?
  Dom, w którym mieszkamy, należy do Williama. Zgodził się abym przenocowała tutaj parę nocek. Jednak postawił mi pewien warunek: muszę do końca tygodnia znaleźć pracę i jakieś mieszkanie. Ów warunek wydaje mi się trudny do zrealizowania, ale podjęłam się wyzwania i myślę, że powinnam chociaż spróbować. 
  Kuchnia, tak jak wszystkie pomieszczenia, jest skromnie umeblowana. Mieszkanie jest małe, jednakże mogą zmieścić się trzy osoby. W pokoju gościnnym śpię ja, a Jane pewnie sypia z Willem. Zresztą nie trudno to zgadnąć, bo ten dom nie ma zbyt dużo pokoi. 
  Apartament jest usytuowany na obrzeżach Londynu. Dzięki temu nie docierają do nas hałasy ani zanieczyszczenia. Jedynym przeciwnym argumentem aby tutaj mieszkać jest to, że do miasta czy jakiegokolwiek sklepu jest daleko. 
- Wyszedł pobiegać. Wróci za jakieś dziesięć minut. - w końcu usiadła, przyglądając mi się jak kroję ogórka. Przez chwilę straciłam nadzieję, że nie będę miała okazji dowiedzieć się co zaszło wczorajszej nocy. Ale gdy kuzynka powiedziała, że niedługo wróci, z pewnością go o to zapytam, nabierając przy tym większej ochoty na żarty.
- Nie spodziewałam się tego po nim. Skoro chce poprawić swoją kondycję to musi biegać więcej niż dziesięć minut. - rzekłam sarkastycznie. Kuzynka zmarszczyła brwi. 
- Dla twojej niewiedzy, Will wstał dwie godziny  przed tobą. - spiorunowała mnie wzrokiem. Wzruszyłam ramionami, zastanawiając się czy mam już się jej bać czy jeszcze nie. 
- Rozumiem. 
  Nalałam do szklanki gorącej herbaty. 
- Mamy dzisiaj sporo roboty, więc trochę się pośpiesz z jedzeniem. Musimy zrobić zakupy i posprzątać na uczelni. - wzięłam kęs kanapki, kiedy ten wzrok kuzynki, który sprawiał, że na moim ciele pojawiły się ciarki, znikł. 
  Wydaje mi się, że wróciła do dawnej siebie, a ta dziwna atmosfera powoli znika. 
- Dobrze. - powiedziałam, wypluwając okruszki na stół. 
  Patrząc na Jane wydawało mi się, że lekko uniosła kąciki ust. Chciałabym aby zawsze była uśmiechnięta i już nigdy nie przejmowała się moimi problemami. Jednak jest inaczej. Od nieszczęśliwego wypadku mojego narzeczonego, zmieniła się. Jest bardziej opiekuńcza w stosunku do mnie oraz bardziej okazuje swoją miłość do Willa. Czasami wkurza mnie to, bo przypomina mi o Jerónimie. 
  W tym czasie do domu wchodzi zgrzany Will. Pospiesznie zdejmuje buty w przedsionku i wchodzi do kuchni. Twarz ma całą czerwoną. Raz za razem pociąga nosem, od razu mnie denerwując. Smarka w chusteczkę, po czym wchodzi do łazienki, aby obmyć twarz. Później wita się ze mną tylko skinieniem głowy, ledwo zauważalnym. Z Jane wymienia zalotne spojrzenie. Później dochodzi do niej, obejmuje ją i czule przytula. Mam ochotę natychmiast z stąd wyjść, ale nie robię tego, lecz biorę kolejny duży kęs kanapki. 
  Spuszczam wzrok, kiedy William najpierw całuje kuzynkę w policzek, a potem w usta. Od jego namiętności aż zaczyna mnie mdlić. Odkładam kanapkę. Wypijam herbatę do końca, czując jak jedzenie podchodzi mi do gardła.
  Nie wytrzymuję tej atmosfery, którą stworzył Will. Widząc ich razem całujących się, zbiera mi się na wymioty.
- Czy wy musicie być tacy? - krzyczę, bo nie mogę już wytrzymać tego napięcia. 
  Wstaję ze wściekłością i biegnę do łazienki. Nie czułam się najlepiej, ale po tym co zobaczyłam, jak można czuć się dobrze? Czy muszą przypominać mi o starych dziejach? 
  Kiedy myję ręce, Jane stoi w progu z założonymi rękoma. 
- Wszystko w porządku? - pyta jak gdyby nigdy nic się nie stało. 
  Powoli mam dość jej zachowania. Udaje, że wszystko co robi jest właściwe. Ona nie wie, że swoim zachowaniem wszystko mi przypomina. Jestem jednocześnie zła i sfrustrowana.
- Nie. - szybko odpowiadam. Jednak jeszcze raz rozważam całą sytuację na nowo i dochodzę do wniosku, że będzie lepiej jak powiem prawdę.
  Kiwa głową. 
- Chcesz żebym zapomniała o tym co się wydarzyło, jednak za każdym razem kiedy was widzę całujących się, przypominają mi się dawne czasy. 
  Wzdycha. 
- Jane... - robię pałzę, aby podkreślić wagę sytuacji. Na jej twarzy maluje się współczucie oraz troska. Po chwili poważnieje. - Nie ważne co będę robić, ja nigdy o nim nie zapomnę. On... - myśli plączą mi się w głowie, przybierając kryształ niesfornej piłki, z której nie mogę niczego odczytać. Do oczu napływają mi łzy. Już dłużej nie będę wstanie udawać, że wszystko jest w porządku. - On był całym moim szczęściem. 
  Wybucham płaczem. 
  Kuzynka przytula mnie mocno, abym wiedziała, że jest ze mną w tak trudnych sytuacjach jak ta. Żebym wiedziała, że takie chwile miną, a po nich pojawią się nowe, w których wychodzi słońce. 
- Przepraszam. - szepcze mi do ucha. - Przepraszam, że sprawiam ci taki ból. 
  Delikatnie odpycham ją, aby spojrzeć jej w oczy. Nie wierzę w to co mówi. 
  Kręcę głową, aby zaprzeczyć jej słowom. Oczy mam czerwone, a po policzkach ciągle płyną łzy. 
- Nie mów tak. - mówię po krótkiej chwili ciszy. - Ty również jesteś dla mnie ważną osobą. 
- Jeśli tak uważasz, to  powinnaś przynajmniej spróbować stawić czoło wspomnieniom. Nie uważasz, że kiedyś i tak będziesz musiała być sama? Bez niego? 
  Jestem zdruzgotana tym, co właśnie Jane mi powiedziała. Nawet patrząc jej w oczy, widzę, że nie zamierza być dla mnie wystarczająco dobra. Przechodzę teraz trudny okres w życiu, a ona nie zamierza okazać mi choćby trochę współczucia i wsparcia. Coś niewyobrażalnego, a jednak!
- A gdyby to Will miał wypadek? - nie chciałam tego mówić. Ale jestem ciekawa jakby postawiła się w mojej sytuacji. Czy też byłaby taka jak mi powiedziała czy właśnie ryczałaby tak żałośnie jak ja teraz? 
  Zamarła z wrażenia. Nie musiała nic mówić, abym odgadła to jak się poczuła. Trafiłam w samo sedno! W jej słaby punkt!
  Wyszłam z łazienki, ocierając dłońmi łzy. Pobiegłam schodami na górę po torebkę. Kiedy schodziłam, Jane czekała na mnie. 
- Porozmawiajmy. - przybrała smutną minę. Nie chciałam z nią już dyskutować na temat, który rozdrapuje moje rany. Zwróciłam się do Willa, aby zapytać go przed wyjściem o wczorajszą noc.
- Jak wróciłam do domu?

- Nie wiem. - odparł, zajęty przygotowanie sobie śniadania. - Jak wróciłem z przyjęcia byłaś już w swoim łóżku.
  Odpowiedź była dla mnie dziwna. Co się stało tej nocy? Nadal nie mogłam sobie przypomnieć tego urywku z pamięci, ale wiedziałam, że nic dobrego z tego nie wyniknie. Będąc zła na kuzynkę i ciągle zastanawiając się nad powrotem do domu, wyszłam trzaskając drzwiami. Później zadzwonił telefon. Od razu wiem kto próbuje się ze mną połączyć. 

  Nie odbieram. 
  Dzwonienie staje się natarczywie, przez co jestem jeszcze bardziej wkurzona.
- Halo! - krzyczę przez słuchawkę myśląc, że to Jane. 
- Cześć, słoneczko. - w odpowiedzi słyszę męski głos. Przecież to było pewne jak słońce, że osoba, która dzwoni to Zacharias! Klepię się w czoło drugą ręką. Ale jestem głupia! - mówię w myślach. 
- Po co dzwonisz? 
- Żeby usłyszeć jakie są postępy. 
  Przez własne problemy zapomniałam o przysłudze dla Zachariasa. 
- Jeśli o to chodzi... - próbuję zebrać w sobie siłę i powiedzieć mu prawdę. Wiem że to nie będzie łatwe, bo znam jego wybuchowy charakter, ale przynajmniej powinnam jakoś mu to przekazać. 
- Coś się stało? 
  Wzdrygam się. Sytuacja wymyka mi się spod kontroli. Teraz nie wiem już jak zacząć. 
- Tak. - mówię prosto z mostu, bo inaczej nie jestem w stanie ubrać słów. 
- Coś poważnego? Zrobiłaś to o co cię prosiłem? 
- No... nie do końca. 
- Co?! 
- Nie miałam czasu na to. Przecież wiesz, że wieczorem było przyjęcie zaręczynowe Jane. 
- Oh... rozumiem. Mogłem po prostu sam to zrobić. - mówi tak jakby mówił do siebie. Czuję, że go zawiodłam, ale niby jak miałam to zrobić? Nawet nie wiem gdzie on mieszka. 
- Znajdę go dzisiaj. Mam z Jane sprzątać po przyjęciu, więc postaram się go znaleźć. 
  Zapewniam siebie w duchu, że nic złego tak na prawdę nie robię. To tylko przyjacielska przysługa, która wymaga zabicia kogoś, kto już dawno powinien umrzeć. 
  Staje się spokojna i opanowana. Zacharias wzdycha. Z tak daleka nie może nic zrobić, ale jeśli by przyjechał do Londynu... Nie chciałabym w to wnikać. 
- Dobrze. Nie długo zresztą przylecę do Londynu. - bardziej mówi oznajmującym tonem.
  Zmarszczyłam brwi nie bardzo rozumiejąc.  
- Dlaczego?
- Za bardzo się za tobą stęskniłem. 
  Mimo, że nie mam humoru to i tak się uśmiecham. Zacharias zawsze umie mnie pocieszyć, kiedy pokłócę się z Jane. Zdecydowanie umie wyczuć taki moment.
- Dziękuję. 
- Za co? - Zacharias pewnie jest zaskoczony tym co powiedziałam. 
- Za to, że potrafisz mnie rozweselić nawet przez telefon. 
  Śmieje się razem ze mną. Kończę rozmowę pierwsza. Idę przed siebie, do miasta, którego znam z opowieści Jerónima. 
  Byłam już kilka razy w Londynie, ale tylko na uczelni albo w Jego mieszkaniu. Tak czy inaczej wiem, że jest to piękne miasto. Na pewno czeka mnie tu wiele miłych jak i przykrych niespodzianek, którym z pewnością będę chciała stawić czoło!


Przepraszam Was, moi czytelnicy, że tak długo zwlekałam z dodaniem nowego postu. Głównie to było spowodowane tym, że nie miałam zbyt dużo czasu oraz weny. Mam nadzieję, że ten post, tak jak i inne, przypadnie Wam do gustu. Liczę na Waszą szczerą opinię. I zachęcam Was do komentowania. :)

11 lutego 2014

Przyjęcie zaręczynowe

  Teraz wiem jak to jest obejść całe centrum handlowe, przymierzać wszystkie sukienki jakie mają w sklepie i nie kupić ani jednej. Czuję się bardziej zmęczona przymierzaniem niż chodzeniem od sklepu do sklepu.Wybieranie sukienki na przyjęcie zaręczynowe mojej kuzynki to istny koszmar!
  W końcu los uśmiechnął się do mnie, bo właśnie Jane zobaczyła piękną czerwoną jak krew sukienkę. Na jej widok poczułam silne pole magnetyczne, jakby przyciągał mnie jej magnez. W tej sukience będę wyglądać nieziemsko!
  Piękny soczysty kolor, wykonana z bardzo delikatnego aksamitu. Długa aż po kostki, bez ramiączek oraz małe koronki na plecach. Ta suknia to po prostu marzenie!
Kiedy przymierzam sukienkę, Jane wchodzi do przymierzalni i pełna zdumienia mówi:
- Och... Wyglądasz ślicznie! - uśmiecha się od ucha do ucha. Oczy świecą jej od radości, bo w końcu znalazłyśmy to czego szukamy przez wiele godzin.
- Oczywiście. Pięknemu we wszystkim jest pięknie. - mówię, po czym wybucham śmiechem wciąż przyglądając się swojemu odbiciu.
  Jane wychodzi z przymierzalni, abym mogła swobodnie się przebrać. Jednak stoję przed lustrem i ciągle wpatruję się w swoje drugie ja. Nie mogę przestać odwrócić wzroku. Jedyne co robię to ciągle mrugam oraz obracam się wte i wewte, aby zobaczyć jak świetnie na mnie leży czerwona sukienka.
  Czuję jakby czas się dla mnie zatrzymał. Nie liczy się to, że Jane czeka przed przymierzalnią, a sprzedawczyni myśli, że zasłabłam zdejmując sukienkę. Dla mnie, ta chwila wygląda jak cała wieczność, która właśnie zesłała na mnie światło, jakbym była na scenie.
  Patrzę głęboko w oczy swojemu odbiciu. Temperatura mojego ciała spada, a serce, które niedawno szybko biło, teraz zamiera całkowicie. Staje się niesamowicie blada. Wszystkie procesy potrzebne do życia zatrzymują się, również przestaję oddychać. To właśnie jest ten moment, w którym pokazuję prawdziwą siebie - wampira.
  Dostrzegam w swoich tęczówkach intensywny kolor czerwieni. Przypominam sobie moment, kiedy Jerónimo po raz pierwszy zobaczył mnie taką. Czułam wtedy jego uczucie - miłość wymieszaną z nienawiścią. Ja również czułam się w tedy podle. Nie chciałam żyć, bo się bałam. Myślałam, że Jerónimo nie zaakceptuje mnie taką jaką jestem, ale dzięki nadziei odzyskałam chęć do życia. Przekonałam się, że Jerónimo niezależnie od tego kim jestem, kochał mnie i akceptował. Przedtem zostałam maszyną do zabijania podłych ludzi poprzez namowę Zachariasa, jednak Jerónimowi nie przeszkadzała moja przeszłość. Zmienił mnie z potwora w człowieka. Teraz oddałabym życie za przywrócenie chwil spędzonych z Jerónimem. Ale czasu nie można cofnąć, nie można przywrócić życia komuś, kto już nie żyje.
  Z oczu popłynęła mi łza. Coś, co chciałam całkiem niedawno zapomnieć z całych sił, wróciło. Poczułam pustkę, wypełniającą każdą komórkę mojego ciała. Krew zaczęła pulsować, zatruwając serce gorzkimi wspomnieniami.
  Pokręciłam głową, nie odrywając wzroku od lustra.
- Nie. - szepnęłam do siebie. - Nie możesz zniszczyć tego, co już prawie osiągnęłaś.
   Wszystko wróciło na swoje miejsce. Kolor skóry wraca do lekko różowego, a serce znów natychmiast zaczyna bić. Wyglądam tak, jakbym nurkowała w oceanie i straciła nagle przytomność. To uczucie jest potworne, lecz trwa tylko chwilę. Później się uspokajam, zdejmuję suknię i zakładam swoje stare ubrania.
Po dłuższym czasie wychodzę z przebieralni, a Jane wzdycha z irytacji.
- Coś się tak grzebała? - patrzy na mnie tak, jakby próbowała mnie prześwietlić. Wydycha powietrze i robi dzióbek z ust. Uśmiecham się z miny jaką zrobiła i również robię dzióbek. Wybuchamy śmiechem, a sprzedawczyni patrzy się na nas, jak na dwie wariatki potrzebujące natychmiastowej pomocy psychiatry.
  Przed wyjściem ze sklepu, przeglądam się jeszcze raz w lustrze, upewniając się czy wszystko wróciło do normy, ale nagle dostrzegam w oczach czerń, która przypomina mi o tym, co się niedawno stało. Przechodzą mnie ciarki. Oby Jane nic nie zauważyła.

  Wieczorem panuje istny chaos. Biegam w tą i z powrotem, nie mogąc się uspokoić. Jestem strasznie podekscytowana, ale i zdenerwowana. Od dłuższego czasu nie byłam na tego typu przyjęciach. Kuzynka wpada do pokoju, prosząc o zapięcie sukienki z tyłu. Na samą myśl, że za chwilę musimy wychodzić ręce i nogi trzęsą mi się, a w głowie mam istny bałagan myśli. Co powiedzieć? Jak się zachować? Czy będę dobrze wyglądać? Te i wiele innych pytań nasuwały mi się z prędkością światła tak, że nie mogłam nad niczym zapanować.
  Jane odwraca się do mnie i kładzie mi ręce na ramionach.
- Będzie dobrze. Nie denerwuj się tak. - mówi spokojnym, opanowanym głosem. No tak, przecież dla Jane to wielka chwila, ale ona doświadcza wiele takich podobnych imprez. Więc jak może się tak zachowywać? - To jest dla mnie bardzo ważna chwila. Wszystko musi być dopracowane i dopięte na ostatni guzik. Will się tym zajął, więc nie mamy powodów do zmartwień. Zobaczysz, wszystko pójdzie tak jak mówiliśmy. - odwraca się do mnie bokiem, wyciąga dłoń przed siebie i przymruża oczy.
- To będzie niczym bal dla księcia i księżniczki. Jak w "Kopciuszku".
  Śmieje się ze swoich słów, po czym odwraca się i szepcze:
- Będziemy pięknymi księżniczkami, ale niestety czas nas bardzo goni, więc rusz się! - zmienia ton, bo widzi na mojej twarzy małe zdezorientowanie.
  Pośpiesznie zakładam sukienkę, którą wcześniej z Jane tyle się naszukałyśmy. Zrobiła mi delikatny makijaż, wybrała srebrną biżuterię i wręczyła białą kopertówkę.
   Na przyjęcie, które zaczynało się za pół godziny, musiałyśmy dotrzeć żółtą taksówką. Miejsce wybrane przez moją kuzynkę, oddawało uczucie powrotu do przeszłości. Nic a nic, Oxsford wcale się nie zmienił! Nadal wygląda jak zamek niczym z  opowieści o Harrym Potterze. Stoję przed budynkiem nie mogąc uwierzyć, że znów jestem na starej uczelni Jerónima.
- Choć. Musimy jeszcze wszystko posprawdzać. Na pewno są już jacyś goście. - Jane uśmiecha się serdecznie, ale patrząc jej w oczy, wyraźnie widzę, że się boi. Kiwnęłam głową.
  Wysoki mężczyzna w garniturze, włosy zaczesane do tyłu i uśmiech, którego nigdy nie lubiłam. William zawsze wygląda jak biznesmen, ale takiego odpicowanego to jeszcze nie widziałam.
  Witamy się lekko, całując w policzek. Później robię grymas, kiedy widzę jak patrzy na moją kuzynkę i całuje ją namiętnie na przywitanie. Jeszcze nie przywykłam do takiego typu widoków, bo zawsze kiedy Will jest z Jane mnie nie ma w pobliżu.
- Ej! - krzyczę na nich, bo wydają mi się za słodcy. - Moglibyście nie obrzydzać innym widoki? - unoszę brwi w celu podkreślenia mojej chamskiej uwagi. Wiem, że teraz odgrywam się na Jane za to, że kiedyś i ona była wrażliwa na tego typu chwile. Pamiętam jak reagowała, kiedy zaczęłam się przy niej całować z Jerónimem. Pewnie wyglądała w tedy tak jak ja teraz. Ach... na prawdę chciałabym wrócić do tamtych czasów. - pomyślałam, patrząc na kuzynkę.
  Zakochani odklejają się od siebie i cicho śmieją pod nosem.
- Wszystko widzę! - krzywię się jeszcze bardziej.
- No już, już. - mówi Jane, odwracając się z Willem w stronę wejścia.
  Mimo, że wchodzimy już po schodach do uczelni, to nadal się ze mnie śmieją.Widocznie dobry nastrój ich dzisiaj nie opuści ani na moment!
  Niektórzy goście przyszli trochę wcześniej. William zaczął się rozglądać przed budynkiem, a ja z Jane witałyśmy gości przy wejściu do sali. Wszystko było uszykowane i dopięte na ostatni guzik. No, no, no! William postarał się, aby przyjęcie było jak z bajki! Z pewnością wszyscy będą dobrze się bawić.
  W końcu dotarli ostatni goście. Przyjęcie już dawno się zaczęło, ale prawdziwego ducha tańca dopiero można było poczuć, jak księżniczka i książę pokazali swój uroczy taniec walca.
  Widząc Jane wirującą z ukochanym, coś ukłuło mnie w serce. Jakby jakaś igła zazdrości. Trzymałam się jakiś czas za miejsce, w którym mnie kuło. Nie mogłam pozbyć się tego uczucia. Byłam smutna, ponieważ to ja powinnam tak świetnie się bawić. Znów przypomina mi się ten straszny wypadek, w którym zginął Jerónimo. Mam wrażenie, że to wszystko stało się przeze mnie.
  Łzy zaczęły spływać mi po policzkach. Popijając ból czerwonym winem, powoli skierowałam się do wyjścia. Jane patrzyła na mnie kątem oka, nagle poważniejąc. Nie wiedziała co się dzieje, jednak wolała nie spuszczać ze mnie wzroku. Bała się, co ewidentnie widać poprzez jej postawę.
  Nie zwracałam na nią uwagi. Dałam sobie spokój z jej radami, bo zawsze się nie sprawdzały. Spoglądając na nią ostatni raz, położyłam pusty kieliszek na tacy przechodzącego kelnera i w ciągu sekundy opuściłam przyjęcie. Jane nawet nie zdążyła mrugnąć, bo tak szybko znikłam. Nie było mi jej ani trochę szkoda, bo właśnie wspomnienia, które stały się jak płomienie, zaczęły pochłaniać moją duszę. Nie mogłam nic na to poradzić. To się po prostu stało. Ot tak.
  Na policzkach miałam ślady tuszu do rzęs. Wyglądałam jak czarownica albo rzucona przez chłopaka dziewczyna. Zatrzymałam się na chwilę przed schodami do wyjścia z uczelni. Chłodny wiatr targał włosami, a na plecach pojawiła się gęsia skórka. Jednym sprawnym ruchem wytarłam łzy, ale jeszcze bardziej rozmazałam tusz.
  Nagle nie czułam już zimna. Wiatr jakby sam uspokoił się, a ciarki znikły. Wstrzymałam oddech, którego wcale nie wdychałam. Spojrzałam na ręce - stały się blade jak ściana. Przez nozdrza wdarł się dziki zapach krwi. Wszystkie moje zmysły zaczęły szaleć. Kły wynurzyły się jak na jakieś nieme zawołanie, a serce dopiero teraz przestało bić. Ta potężna fala niespodziewanego zapachu uderzyła we mnie tak nagle, że przestałam panować nad sobą. Wyczułam zapach krwi i natychmiast, nie zważając na to, że ktoś może mnie taką zobaczyć, ruszyłam w kierunku oszołamiającego lekarstwa na wampirzy głód.
  Miejsce nie różniło się od sali, w której trwało przyjecie zaręczynowe. Była to stołówka, całkowicie ogarnięta przez mrok. Usłyszałam delikatne szuranie nogą o śliską podłogę. Nie wytężając wzroku, wiedziałam kim jest moja ofiara. Zgrabnie przechodziłam miedzy stolikami, jednakże starając się znów panować nad sobą, straciłam kontrolę i niechcący uderzyłam nogą o krzesło. Odgłos ten rozległ się po całym pomieszczeniu. Teraz, przez chwilę mojej nieostrożności, ofiara wie, że w pobliżu niej znajduje się duże niebezpieczeństwo.
  Zaczęłam przeklinać się w duchu, że całą akcję zawaliłam. Musiałam mocno wytężyć narząd wzroku, aby dostrzec niewielką sylwetkę tuż za ogromnym filarem. Tymczasem pragnienie krwi rosło tak, aż stało się niemal nie do wytrzymania. Chwiejnym krokiem ruszyłam przed siebie, odsuwając na bok z piskiem i wielkim hałasem stoliki z krzesłami. Nie zwracałam uwagi na to czy ktoś to usłyszy czy nie. Chciałam za wszelką cenę dostać to, po co tutaj przyszłam.
  Nie myślałam o niczym. Nasłuchiwałam jak serce owego mężczyzny biło szybkim tempem. Jakieś drugie ja chciało przerwać walkę, ale nie potrafiłam oprzeć się pokusie, nawet jeśli jest tak blisko mnie. Szybko przeczesałam włosy lewą dłonią, zatrzymawszy się przed filarem, gdzie chroniła się bezbronna przynęta.
- Pokaż się, kotku. - powiedziałam słodkim głosem, na jaki było mnie stać. Uśmiechnęłam się, dając sobie do zrozumienia, że gra w kotka i myszkę właśnie dobiegła końca.
  Nie usłyszałam żadnej odpowiedzi ani odgłosu. Zrobiwszy krok do przodu, moje oczy zalała furia, która zmieniła kolor tęczówek na krwisto-czerwony, podobny do mojej sukienki.
- Jeśli się poddasz, zrobię to szybko i bezboleśnie. - zażartowałam, ale mój flirciarski głos nie dał pożądanego efektu. Ofiara dalej czekała za filarem.
  Pomyślałam, że jeśli nie zrobię tego natychmiast, mogę zostać przyłapana przez jakiegoś gościa. W chwili kiedy ruszyłam do mężczyzny, aby złapać go za kark i mocno wbić kły, poczułam przechodzący przez całe ciało prąd. Przymknęłam oczy, nie zdając sobie sprawy co przed chwilą się wydarzyło.
  Upadłam na kolana, a z kącików ust wypływała mała stróżka śliny. Moje dawne ja skryło się głęboko, uciekając przed bólem, jakie zadawały igły wbijające się w całe ciało. Później nie mogłam zobaczyć niczego ani uchwycić odgłosów, jakie wydawałby atakujący mężczyzna. Czy to właśnie miałby oznaczać mój koniec?
  Ograbiona z resztek sił, jakie pozostały dla ataku, upadłam na podłogę ciszej niż odgłos upadającej igły.